wtorek, 29 września 2009

Debiut

Powiem szczerze. Zazdroszczę kolegom umiejętności i łatwości pisania. Przede wszystkim jednemu. Dopiero ten blog naprawdę wzbudził podziw dla ich skilla. (kurwa ile to xp kosztuje taka umiejętność )

Ja również chciał bym wtrącić swoje kilka groszy i spróbować swojej siły na tym polu. Zacznę od przedstawienia pewnej postaci bo temat tej notki tyczy się tej jednej, konkretnej, znamienitej osoby: Janusza Kochanowskiego – osobiście dołączył bym tą zacną osobę do Hall of Fame. Parę dni temu 24.09.09 Profesor Kochanowski powiedział prawdę i za to został zbesztany przez media.

W programie Moniki Olejnik został zapytany przez prowadzącą : „Czy Pan nie lubi feministek? „ na to jak już zaznaczyłem szczerze odpowiedział „Nie lubię, bo one nie lubią kobiet. Bo nie są nimi kobiety spełnione w normalnych rolach". W odpowiedzi , Fakty w TVN-ie pokazały dwie zacne polskie feministki Annę Muchę (tfu) oraz Kazimierę Szczukę (tfu). Panie miały za zadanie przedstawić jak bardzo Profesor się myli. Pierwsza z feministek powiedziała: jak ona może czuć się nie spełniona przecież jest tak znamienitą aktorką, ostatnio szkoliła swój warsztat aktorski aż za oceanem, a teraz ma zamiar wystąpić w playboyu. Jak, że to normalna rola kobieca. Natomiast druga z pań powiedziała, że Ombudsman w ogóle nie lubi kobiet i jest negatywnie nastawiony do pięknej części społeczeństwa – jestem ciekaw co pozwala stwierdzić tej znamienitej polskiej intelektualistce ten fakt -. Żeby tego było mało to Lewica zorganizowała konferencje prasową potępiającą Pana Profesora.

Komentując całą te zajście, pozwolę sobie zacytować jedną również mądrą i zaszczytną osobę, Panią Profesor Radgowską „ To się w głowie nie mieście”. Niestety nie jestem w stanie pojąć o co tyle krzyku i lamentu. Czyżby sprawdzało się stare przysłowie, że prawda kole w oczy.

Zastanówmy się czy to całe równo uprawnienie jest okej i czy aby na pewno to ma sens. Po coś stworzono nas różnych, W życiu mamy pełnić inne funkcję. Czy ja też mam się czuć dyskryminowany bo nie mogę być w ciąży ?? Do mniej więcej tego typu oczekiwań sprowadza się dzisiejszy feminizm , nie jest już to ta sama idea którą prezentowały sufrażystki w dawnych czasach.

niedziela, 27 września 2009

Americano, pseudo po tacie

Swego czasu wiele mówiło się, że pod wpływem rozwoju kapitalizmu w naszym kraju, kultura polska "amerykanizuje" się. Niby to przejmowaliśmy tamtejszy styl życia, niby to zafascynowaliśmy się krajem hamburgera. Podobno Polacy wpatrzeni są w podopiecznych wujka Sama i chcą być tacy jak oni. Chcą robić to co oni, tym samym się bawić, to samo jeść.

A tu lipa.

Chcę amerykańskej kultury. A w Polsce jej w ogóle nie ma. No dobra, oprócz filmów. A co z resztą? Chcę komiksów. Chcę Spider-mana i Batmana. Nie ma. Chcę popularyzacji nowych form rozrywki. U nas moje ulubione gry dalej są postrzegane jako degenerujące mózg badziewie. Tam o elektronicznej rozrywce pisują 70 letnie babcie. Chcę wrestlingu, pysznych hamburgerów z frytkami i oponek (pączków). Chcę kawy, taniej i w dużych ilościach. I wreszcie, chcę jakości amerykańskich seriali w rodzimych produkcjach.

Nie, nie, nie marudzę na Polskę. Kocham ten kraj. Ale przecież możemy od innych brać to co dobre, bez psucia i pomijania naszej kultury. Lubię amerykańskie wymysły, a dostępu do nich nie ma praktycznie żadnego. Kilkukrotnie sytuacja na chwilę ulegała poprawie (wydawnictwa komiksowe), ale szybko wszystko wracało do przykrej dla mnie normy. No dobra, nie ma na to wszystko widocznie popytu. Szkoda.

kącik kulturalny

Krótka refleksja. Nie ukrywam, że do zabrania się za temat zmotywowała mnie ostatecznie dzisiejsza Cafe "Rz", nosiłem się jednak z tym zamiarem już od pewnego czasu.

Pieniądze na kulturę. Od pewnego czasu wszelakie media w kraju nad Wisłą nieustannie trąbią o kryzysie. Prawda to czy nie - opinie są różne, ale powszechnie znanym faktem jest, że z pieniędzmi w naszym narodowym skarbcu zawsze było cienko. I teraz wszelacy (szeroko rozumiani) twórcy na swoich zjazdach płaczą, że polska kultura w kryzysie, że rząd na kulturze oszczędza, że na kulturę pieniędzy nie ma. A pewnie, że nie ma. I nie będzie.

Przypomina się jednocześnie moja wizyta w Sochaczewskim Domu Kultury na wystawie "Malujące Ewy", ósmego marca Anno Domini bodajże bieżącego. Ów cudny wernisaż polegał na rozwieszeniu po ścianach pięciu malowideł na krzyż, które to arcydzieła wyszły spod pędzla kwiatu sochaczewskich malarek. Wydarzenie zgromadziło oczywiście lokalną śmietankę - wójta, burmistrza, ze trzech radnych, kilku dyrektorów. Pozostając w konwencji nabiału, mam wrażenie, że nie było tam człowieka który nie potrafiłby profesjonalnie wydoić krowy czy ubić beczułki masła. Tak więc do mikrofonu przystąpił pan bodajże burmistrz i podobnież, po wychwaleniu pod niebiosa talentów plastycznych swego elektoratu, zaczął biadolić o pieniądzach na kulturę. Że mało, że rząd nie daje, ale jest Unia, nadzieja w Unii, Unia uratuje sochaczewską kulturę, sochaczewska kultura niech nam żyje. Brawo, brawo, klap-klap-klap-klap, brawo, niech żyje!

Ręce opadają. Nie ujmując niczego lokalnym twórczyniom, nie wyobrażam sobie lepszej ilustracji powiedzenia "wyrzucić pieniądze w błoto" niż inwestowanie w ich talenta. Idea państwa opiekuńczego, mimo mojej (i nie tylko mojej) niechęci, ma swoje zalety. Jednak poświęcanie pieniędzy, których brakuje w służbie zdrowia, wojsku czy oświacie na kulturę - czy to lokalne rękodzielniczki, czy krakowskich konceptualistów - to już jest o krok za daleko. Korytarze wielu galerii świecą pustkami nie dlatego że nie ma pieniędzy, nie dlatego że naród chamski i nie ma za co go odchamić. Jest powód znacznie bardziej prozaiczny - nikogo nie obchodzą cuda na kiju, które tam wiszą. Ładne to to nie jest, do tego ani uczy, ani bawi, ani wzrusza. Niech się elita twórców zachwyca sobą nawzajem, proszę bardzo, niech nazywa to sztuką wysoką. Ale za swoje pieniądze.

Do tego dochodzi pani Julita Wójcik. Wpadła ona na pomysł, żeby w "Zachęcie" obierać ziemniaki. Co więcej, ówczesny kierownik galerii pomysłem był zachwycony i nie znalazł żadnych przeciwwskazań. Rzecz owszem, kontrowersyjna, a przekaz bardzo prosty. Sztuka jest wszystkim, wszystko jest sztuką. No dobrze, ja ASP nie kończyłem, jeżeli tak twierdzi elita polskich artystów, to pozostaje się zgodzić. No to czekam na honorarium, bo nie wiem w czym moje obieranie kartofli jest gorsze od tego w wykonaniu pani Wójcik. Czego ja mam tam chodzić, skoro sztukę mam dookoła siebie? I za co, w takim razie, płacą podatnicy?

Więc jak to? - zapyta czytelnik. - To już nam kultura niepotrzebna? Czyż pełny bak jest ważniejszy od duchowości? Czy niższe podatki zastąpią emocje i refleksje?

Odpowiadam więc pytaniem na pytanie: ile pieniędzy zapłaciło państwo Kaczmarskiemu za każdy z jego utworów? Ile kosztowały podatnika "Jest taki kraj" czy "Żeby Polska była Polską" Pietrzaka? Jak dużo musimy dopłacać do Muzeum Powstania Warszawskiego? Czy w końcu - ile kasy zgarnęła z budżetu Paktofonika tak hołubiona ostatnimi czasy przez lewacką "Krytykę Polityczną"? Prawdziwy talent, człowiek dotknięty palcem Bożym, zapisze się w historii, choćby dnie przyszło mu spędzać na robocie w tartaku, a na kolację jadać chleb z masłem. A jak komu nie dane, jak by chciał a nie umie - trudno, frytki w Makdonaldzie same się nie usmażą. Są oczywiście inicjatywy, na które warto łożyć pieniądze. Jeżeli pojawia się dobry pomysł, są zainteresowani, widać pierwsze efekty (przykłady: TVP Kultura albo breakdance w naszym MDK), to owszem, coś tam z budżetu rzucić należy. Ale nie na takie rzeczy, które nie obchodzą nikogo prócz samych beneficjentów.

piątek, 25 września 2009

Strzeżmy się opiekuńczych rządów

Przeglądając ostatnio czasopisma natknąłem się na informację mówiącą o niemieckim (tfu!) rządzie(tfu!), który wpadł na genialny pomysł całkowitego zakazu dystrybucji i sprzedaży brutalnych gier w celu ochrony młodych mieszkańców. W ogóle Niemcy są krajem, który ma bardzo zaostrzone przepisy dotyczące klasyfikacji gier i kilka głośnych tytułów już jest tam zakazanych. W każdym razie założenie jest genialne: całkowity zakaz pojawiania się gier DLA DOROSŁYCH w imię troski o najmłodszych.

I tu, w moim odczuciu, pojawiają się dwa problemy.

Pierwszy, węższy, dotyczy samego traktowania gier. Nie rozumiem, dlaczego do tych mądrych ludzie nie dociera fakt, że przyszła pora, aby traktować elektroniczną rozrywkę na równi z innymi mediami. Weźmy filmy. Mamy klasyfikacje wiekowe, ograniczenia w pokazywaniu niektórych scen w telewizji. Są kółeczka w rogu ekranu. Dzieci oglądają to co mogą oglądać, dorośli oglądają to co chcą. I wszystkim się podoba. Gry już dawno przestały być tylko dla dzieci i w nich też są klasyfikacje wiekowe i wyspecjalizowane organizacje, które się tym zajmują. Wystarczy zacząć to egzekwować. W sklepach i przez rodziców. I nie można zamieść problemu pod dywan, bo to strzelanie sobie w stopę. Przemysł gier już dziś przynosi więcej zysków niż filmowy.

Drugi, szerszy problem, to sama idea ograniczania ludziom dostępu do jakichkolwiek dóbr w celu ich rzekomej ochrony. Każdy taki pomysł powoduje, że burzy się we mnie krew. Bo zaraz przychodzi mi na myśl film "V jak Vendetta" i państwo, które na wzniosłych ideach demokracji zbudowało nowy totalitaryzm. Permanentna kontrola wszystkiego i wszystkich w imię dobra każdej jednostki. Ograniczenia w codziennym życiu i wszechobecne reguły. Grubo przesadzam, ale z każdym takim pomysłem będziemy się do tego zbliżać. A nawet ten jeden pomysł Niemców, choć na szczęście daleki jeszcze od realizacji, będzie ograniczał wolność.

czwartek, 24 września 2009

hall of fame

...czyli kilka osób, które wśród tandety lśnią jak diament. Kolejność przypadkowa.



#1 Rafał Aleksander Ziemkiewicz,

przez nieprzychylnych zwany Ziemniakiewiczem. Dziennikarz, publicysta, pisarz, osobowość telewizyjna, za młodu rzecznik prasowy UPR. Znany głównie jako autor głośnej "Michnikowszczyzny". Odkrywając jego blogi na Interii i Rzepie, stwierdziłem ze zdumieniem, że facet pisze dokładnie to, co ja myślę. Czytając jego nową książkę, "W skrócie", przez około 300 stron rozważań na wszelkie możliwe tematy, jedynie trzy, może cztery razy zdarzyło mi się pomyśleć "chuja tam". Minus taki, że co jakiś czas zdarza mu się pisywać o rzeczach, których nie przeczytał, a co najwyżej przejrzał. Czuje się pisarzem, publicystyką zajmuje się raczej dla pieniędzy. Klasa jaką reprezentuje w tej drugiej dziedzinie niestety kontrastuje z jego prozą - przyzwoicie napisaną, ciekawą, ale daleką od wybitności.







#2 Wojciech Daniel Cejrowski,

podróżnik, dziennikarz, osobowość telewizyjna i radiowa, autor bestselleru "Gringo wśród dzikich plemion". Członek rzeczywisty Royal Geographical Society. Twórca "WC Kwadransa", najlepszego programu w historii polskiej telewizji, a także popularnego "Po Mojemu" i wielokrotnie nagradzanego "Boso przez świat". W latach dziewięćdziesiątych miecz i tarcza polskiej prawicy, człowiek o niepodważalnych zasługach w walce z absurdalnymi ideami naszych oświeconych postępowców. Przyznać należy ze smutkiem, że pan Cejrowski niestety się starzeje. Rozdawane dziś przez niego ciosy wypadają blado w porównaniu z wirtuozerią słownej szermierki sprzed kilkunastu lat. Poglądy się radykalizują, więcej w nich bezsilnej złości niż WCkwadransowej szczerej radości z dokopywania lewakom. Skończy się jak z Dmowskim - człowiek bez cienia wątpliwości wybitny, o ogromnych zasługach dla kraju, a ludzie wiedzą o nim tyle, że nienawidził Żydów. Tak samo o Cejrowskim będą wiedzieli, że nienawidzi gejów i chodzi na bosaka. Póki co, wciąż jeszcze świeci jasno jak słoneczko na tle wszelakich Wojewódzkich, Majewskich, Sekielskich, Morozowskich, Lisów i całej reszty.






#3 Kazimierz Piotr Staszewski,

czyli Kazik, którego nikomu przedstawiać nie trzeba. Zamieszkały na Teneryfie, gdzie zdarzało mu się spotkać zarówno Adama Michnika jak i Tadeusza Rydzyka. Za panem powyżej nie przepada, czemu dał wyraz nazywając go nie prawicą, nie liberałem, nawet żadnym faszystą, a normalnym komunistą. Ciekawa ironia - będąc idolem polskich anarchistów i pancurzątek, politycznie najbliżej Kaziowi do UPRu, partii uwielbianej swego czasu przez skinheadów. Kiedy jakiś wykonawca dostaje nagrodę muzyczną jest to dla niego spory prestiż. Kiedy Kazik dostaje nagrodę, jest to prestiż dla samej statuetki. O gustach się wprawdzie nie dyskutuje, są jednak ludzie którzy, biorąc rzecz zupełnie obiektywnie, osiągnęli mistrzostwo. Kazik/Kult/KNŻ na tle polskiej muzyki, to jak FC Barcelona grająca w Ekstraklasie S.A. Amen.






#4 Marcin Marten,

abradAb. O ile WC i Kazio są o klasę wyżej niż konkurencja, powiedzenie tego o dAbie byłoby sporym nadużyciem. Polski hiphop trzyma się mocno, sporo jest dobrych raperów, pan po lewej jest po prostu jednym z nich. Trzeba jednak przyznać, że zasługi K44 dla rozwoju gatunku są niepodważalne. Od "Księgi Tajemniczej" minęło już 13 lat, a dAb cały czas reprezentuje ten sam, naprawdę wysoki poziom. W czasach fascynacji cięższymi brzmieniami "Rapowe ziarno" przekonało mnie że hiphop nie jest zły, "Rap to nie zabawa już" pokazało, jaki może być zajebisty. Wciąż niewielu jest w stanie dorównać Marcinowi Martenowi. I to prawdopodobnie długo się nie zmieni.

środa, 23 września 2009

kącik UPRowca

Bluzgi w debiucie

Na początku chciałbym podziękować za zaproszenie właścicielowi. Doceniam możliwość tworzenia na tym zacnym blogu i bez dalszej wazeliny przechodzę do tematu tego oto inauguracyjnego wpisu/notki/postu. Aha, jak zasugerował tytuł, mogę tu użyć kilku słów powszechnie uważanych za obraźliwe, co nie stanie się oczywiście regułą w moich wypocinach.

Otóż przebywając u rodziny zacząłem przeglądać tygodnik o wiele mówiącym tytule "Niedziela".
Zresztą, nieważny jest profil tego pisma, bo felieton który tam przeczytałem, równie dobrze mógłby się ukazać w każdym innym periodyku. W krótkim artykule autorka porusza "problem" przeklinania. Panią redaktor strasznie rażą słyszane praktycznie wszędzie bluzgi, na ulicy, w restauracji, w sklepie i autobusie. Nie może pogodzić się z faktem, że nawet przyszłe polskie elity, maturzyści z najlepszych warszawskich liceów, po odbytym egzaminie sypią kurwami na lewo i prawo. Uważa, że w ogromny, a przy tym obrzydliwy sposób zubaża to bogactwo polskiego języka i spłyca każdą rozmowę. A oprócz tego obraża każdego, kto słyszy podobne wyrazy.
No, to tak w skrócie.
Ja się z tym totalnie nie zgadzam. Po pierwsze totalną bzdurą jest fakt, że każdy bluzg jest obraźliwy. Wg mnie i nie tylko mnie wszystko zależy od intencji z jaką się słowo wypowiada. Czy popełniam grzech mówiąc "kurewsko dobre pączki"? Wątpię. Oczywiście co innego, jeśli powiem do bezdomnego pana "Ty jebany brudasie".

Podobnego problemu dotknął mistrz WC w swoim programie "Po mojemu". Otóż w rozmowie z Wojciechem Mannem, bez wątpienia człowiekiem obeznanym z polskim językiem, stwierdził on, że nie lubi przeklinania. Przyznał jednak, że są ludzie, którzy potrafią zrobić z tego sztukę. Do takich zaliczył pana M. Rozmówcy zgodzili się, że odpowiednio zaintonowana i użyta "kurwa" może ubarwić opowieść, dodać rozmowie smaczku, rozbawić albo nawet nadać jakiemuś zdaniu sens.
I ja jestem takiego samego zdania. Bluzgi bawią, uczą i kreują.

Oczywiście nie namawiam nikogo do bluzgania na lewo i prawo, ale nie chciałbym też, żeby tak wielce potępiać brzydkie sformułowania. No chyba, że ktoś nie potrafi powiedzieć zdania bez takiego ozdobnika, co też jest nader częste i zasługuje na dezaprobatę.