piątek, 13 kwietnia 2012

nic nie wiesz, dżonie smith

1. Swego czasu okoliczności zmusiły mnie do obejrzenia Madagaskaru 2. I byłem, hm, nieco zażenowany. Storylajn trzyma się kupy, można się nawet wciągnąć. Za to wszyscy bohaterowie mają kurwa nerwicę. U pingwinów i lemurów wyszło zabawnie, ale reszta to już przegięcie. Fajnie, kiedy postacie są barwne, wyraziste, nawet nieco przerysowane, tyle że tutaj każdy jeden jest nadekspresyjny do granic śmieszności i zupełnie nienaturalny. O lwie który tańczy zamiast walczyć nie będę się rozpisywał, bo to jest tak zwany zeitgeist. Ale - trzeba zauważyć - w kolejnej bajce, główny szwarccharakter jest zwyczajną pizdą. Inna sprawa, że nie jestem na bieżąco z gatunkiem, ale wydaje mi się, że mamy trend w tym kierunku. Wuj Skaza z Króla Lwa ('94), Ratcliffe z Pocahontas ('95), ten Hun (Mongoł?) z Mulan ('98), jeszcze nawet tygrysy z Epoki Lodowcowej ('02), to wszystko były groźne skurwysyny. A teraz? Zaczęło się chyba od Farquuada ze Shreka ('01) i to w sumie pasowało do prześmiewczej konwencji. Ale im dalej tym gorzej - Książę z Bajki ('04, '07) to już skończona pipa, tak samo przeciwnik Alexa ze wspomnianego Madagaskaru 2 ('08). Kiedyś bajkowe uosobienie zła wzbudzało w gówniarzerii lęk i było prawdziwym wyzwaniem dla głównego bohatera. Teraz wzbudza najwyżej irytację swoją żałosnością. Względna równowaga między patosem a wygłupami z lat '90 dosyć mocno się zachwiała i całość idzie w kierunku serii wymuszonych gagów. Efekt: żenująca parodia Króla Lwa. Zepsucie i zniewieściałość, ot co.

2. Lekcje polskiego i ich wpływ na młode umysły. Własne doświadczenie i przeprowadzone rozmowy, tak z uczniami jak ze znajomymi nauczycielami, wskazują na dość powszechne i mocno niefajne zjawisko. Otóż nauczyciel, zapoznając swych słuchaczy z dziełami kultury, stawia się po stronie twórcy a nie odbiorcy. Zamiast opisywać kolejne pozycje z perspektywy krytycznego czytelnika i historyka literatury, występuje jako pełnomocnik autora.

Najlepiej to widać przy średniowieczu. Najpierw "Pieśń o Rolandzie" - tak, to jest debilne. I tak, powinno się to wyraźnie powiedzieć. "Pieśń o Rolandzie" znalazła się na liście lektur z uwagi na miejsce w europejskiej kulturze, na możliwość zobrazowania kilku czołowych motywów w literaturze tamtych wieków oraz pokazania ciekawej mentalności ówczesnych. Ale sensu ma tyle co Dragonball Z (nawet trochę mniej), a do tego utrzymana jest w bardzo podobnej konwencji. Tyle, że zamiast przekazać taki komunikat, przeciętny, przekonany o swej dziejowej misji polonista, przyjmuje za pewnik: jeśli coś jest na liście lektur, to musi być wybitne. I rozpływa się nad bohaterstwem sir Rolanda, nad jego ofiarą i poświęceniem. A publiczność puka się w czoło.

I tu mamy pierwszy problem - mili państwo, ci goście nigdy nie istnieli. A nawet jeśli, zwykle mieli niewiele wspólnego ze swymi literackimi odpowiednikami. Książkowe postacie są wymysłem autora, który za ich pośrednictwem chce coś przekazać albo po prostu dostarczyć gawiedzi rozrywki i zgarnąć piniądz. I znów przykład ze średniowiecza - "Bogurodzica" vs. "Lament Świętokrzyski". Omawia się te wiersze tylko i wyłącznie po to, żeby pokazać zmianę jaka zaszła między kulturą romańską a gotycką. Tam Pantokrator, tutaj pieta. I, podobnież - "Lament" jest tak daleki od wybitności jak to tylko możliwe, po prostu niewiele więcej się z tamtych czasów zachowało. Całość da się omówić na jednej, max dwóch godzinach lekcyjnych. Za to tygodniowe rozważania: "co czuje matka" mogą mieć wartość religijną, ale poznawczej - zero.

Problemy 2-4, to kolejne konsekwencje edukacji poprzez zachwyt.

Problem drugi - pokutuje nieuzasadnione niczem przekonanie, że umiejętność operowania trzynastozgłoskowcem czyni poetę niepodważalnym autorytetem i dodaje jego przekonaniom walor nie tylko racjonalności, ale niemal świętości. Tyle że z całego pocztu naszych pisarzy i wierszokletów, najwięcej politycznego rozumu miał Sienkiewicz, reszta jest niestety daleko w tyle, zwykle robiąc więcej szkody niż pożytku.

Problem trzeci - iluzja powszechnej dziejowej zgody autorytetów. Wiadomka, jak wszyscy są wybitni i z definicji mają rację, to jakiś tam konsens musi między nimi panować. Co z tego, że Giedroyć uważał Wyszyńskiego za "tępego endeka", a Herling-Grudziński polecał Michnikowi rozejrzenie się za dobrym psychiatrą. W efekcie, wystarczy powołać się na któregokolwiek i już mamy rację. Najlepiej na Einsteina - wszak był mądry, bo... yyy... cośtam... kiedyśtam, no e równa się emcekwadrat i w ogóle, a więc kto mądry, ten z nim trzyma. Dlatego o trzech czwartych przypisywanych mu cytatów pan Albert nigdy nie słyszał, a te kilka bon-motów które rzeczywiście ułożył eksploatuje się do porzygu.

Problem czwarty - brak rozróżnienia między obiektywnym, a subiektywnym. Z jednej strony większość młodzieży uważa się (czasem słusznie) za znacznie bardziej rozumną, niż członkowie grona pedagogicznego. Z drugiej, taki a nie inny sposób rozumowania poparty autorytetem instytucji państwowej, zostaje w pełni zaadoptowany do popierania własnych opinii. W efekcie, wszystko co się spodoba, z miejsca zyskuje przymiot wybitności. Czy to Hemp Gru, czy Pidżama Porno, "Zapach Kobiety" czy "Incepcja", czy kurwa bajka o kucykach - przypadło mi do gustu, a więc jest wielkie i przejdzie do historii.

W efekcie nauka o literaturze jest raczej porażką, nauczyciel się męczy, dzieciarnia się nudzi. Lektur nikt nie czyta, a media biadolą nad spadkiem czytelnictwa jako takiego. Ale to najmniejsze ze zmartwień. Wzbudzać niepokój powinno raczej przyjęcie aparatu pojęciowego bezmyślnego zachwytu, rozumowania w oparciu o autorytety i operowania sferą idei w zupełnym oderwaniu od realiów.

niedziela, 8 kwietnia 2012

laudatio

Ponownie korzystając z religijnego imperatywu świątecznego lenistwa, postanowiłem przelać na wirtualny papier kilka refleksji - tym razem w przedmiocie najświeższych zmian w systemie edukacji. Temat ten podnosiłem już w paru rozmowach, jednak chciałbym tutaj usystematyzować przemyślenia. Zwłaszcza, że rzecz wydaje mi się absolutnie klarowna i jednoznaczna, podczas gdy cały intelektualny dyskurs Najjaśniejszej idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Tak więc na przekór: po trzykroć wiwat minister Hall!

Zacznijmy od tła powstawania współczesnego systemu edukacji. Gdzieś w drugiej połowie XIX wieku pruska generalicja po długim namyśle doszła do wniosku, że praca dzieci w fabrykach to raczej chujowy pomysł. Nie było oczywiście mowy o żadnych względach humanitarnych, po prostu trochę głupio jak się materiał na rekruta zaharuje na śmierć zanim ktokolwiek da mu strzelbę do ręki. Tak więc z jednej strony aspekty pragmatyczne, z drugiej działalność Bernsteina i Lassalle'a, z trzeciej zagrożenie marksistowskie a z czwartej rozum polityczny Bismarcka doprowadziły do powstania pierwszych w tej części świata regulacji prawa pracy. Równolegle, powoli okazywało się, że robol który zrozumie to co mu na jakiejś kartce rozpisać/narysować, który jest w stanie przemnożyć trzy przez pięć albo zanotować sobie rzeczy których nie potrafi zapamiętać, znacznie usprawnia produkcję czegokolwiek. I tak, w realiach industrialnej, fordowskiej gospodarki, zaczęła się walka z analfabetyzmem, zmierzająca krok po kroku ku powszechnej edukacji.

Sto lat później, powszechna edukacja (nota bene jak większość socjaldemokratycznych wynalazków) wciąż funkcjonuje przy tych samych założeniach, ale w radykalnie odmiennej rzeczywistości. Po blaskach i cieniach realnego socjalizmu, po dziesięcioleciach prosperity w Europie, przy serwilizacji ekonomii i postfordowskiej produkcji, mamy ten sam model szkolnictwa co nasi pradziadowie, ale stawiamy przed nim zupełnie nowe zadania. Chcemy z podstawówek, gimnazjów i liceów zrobić jedną wielką fabrykę inteligencji. Z jednej strony taśmy kładziemy kloc drewna, z drgiej zjeżdża stołek. Z jednej kładziemy kilka tysięcy sześciolatków, maszyna warczy, buczy i po dwunastu latach wyskakuje elita narodu. Nie działa? Wot, siurpryza!

Pojawia się pytanie: dlaczego nie działa? Odpowiedzi nasuwają się dwie. Pierwszą podaje natchniony autor Księgi Przysłów: "Choć stłuczesz głupiego w moździerzu tłuczkiem - razem z ziarnami - głupota go nie opuści." [Prz 27:22]. Zatroskane nad kondycją współczesnej młodzieży autorytety (że wspomnę choćby dr hab. Andrzeja Waśko i jego tekst w trzecim numerze Rzeczy Wspólnych) popełniają ten zasadniczy błąd, że współczesnego przeciętniaka przyrównują do elit wieków minionych. Że rezultatem takiej refleksji będzie załamanie rąk, wiadomo już na wstępie. Ta sama pomyłka (o czym już pisałem) jest problemem krytyków kultury masowej - ludzie głupi oglądają głupoty, tak było, tak jest i tak budiet' wsiegda! Inna sprawa, że podobno na jednej z glinianych tabliczek znalezionych swego czasu w Ur widnieje zapisane klinami: "Jeszcze nigdy w historii młodzież nie była tak źle chowana, a świat nie stoczył się tak nisko".

Druga odpowiedź, powiązana zresztą z poprzednią, to naturalny proces zapominania. Dlaczego zapominamy, tego dokładnie nie wiadomo. Teorie są cztery: upływu czasu, interferencji, utraty dostępu i wyparcia, przy czym ta ostatnia nie ma zastosowania do omawianych aspektów zjawiska.

Według teorii upływu czasu, na poziomie neurologicznym tworzą się struktury neuronów, które przechowują ślad pamięciowy. Informacja "krąży" w nowo powstałej strukturze, dzięki czemu jest pamiętana. Wymaga to ciągłej inwestycji energii, w związku z czym jeśli dane nie są powtarzane, zostają utracone - impuls wygasa. Jednakowoż przechowywanie informacji "na stałe" w pamięci długotrwałej związane jest prawdopodobnie ze zmianami chemicznymi i strukturalnymi. Wyjaśnia to, na dwa sposoby, teoria interferencji. Jedna hipoteza mówi, że nowy materiał powoduje "zatarcie" starych informacji, tak jakby nakładał się na poprzednie dane, co sprawia, że stają się one mniej dostępne lub zupełnie niedostępne. Druga zakłada, że mózg posiada ograniczoną pojemność informacyjną, czego skutkiem jest konieczność pozbywania się poprzednich danych, po to aby uzyskać miejsce na zapisanie nowych. W systemie pamięci długotrwałej interferencja może przybierać jeszcze inną formę: zapamiętanie informacji oznacza włączenie jej do obecnego już systemu skojarzeń. W efekcie system ten podlega modyfikowaniu, a więc zapisane dotąd dane zmieniają się i są modyfikowane pod wpływem zapisywania nowych danych. Najbardziej optymistyczna, a zarazem najbardziej kontrowersyjna teoria utraty dostępu, zakłada, iż zapominanie polega na niemożności wydobycia z pamięci, nie zaś na utracie danych, jako że pojemność zdrowej łepetyny jest nieograniczona.

One way or another, człowiek zapomina informacje niepowtarzane, a więc de facto nieużyteczne. Ja na przykład, mimo oceny bardzo dobrej na świadectwie z trzeciej liceum, za cholerę nie przypomnę sobie, co to jest aldehyd octowy, ale każdemu kto zechce spytać podam numer telefoniczny do sądu w Wejherowie. Przeciwnicy reformy sami przyznają mi tutaj rację, rozpaczając że przeciętny nastolatek o piramidach ostatni raz usłyszy w pierwszej klasie gimnazjum. Idąc za Baconem a przeciw Kartezjuszowi i przedkładając empiria nad ratio, mogę zaproponować prosty eksperyment. Przejedźmy się na przykład windą pierwszego z brzegu stołecznego biurowca. W każdej kancelarii prawnej zostawiamy dziesięć egzemplarzy matury z fizyki (poziom podstawowy - wystarczy), w biurach doradztwa finansowego czy innego złodziejstwa zostawiamy matury z chemii, a u programistów z historii. Wyłączamy internety i po regulaminowym czasie zbieramy prace. Wyniki są łatwe do przewidzenia, a mamy tu bądź co bądź do czynienia z warszawską crème de la crème. Maturę z chemii chętnie rozdam głodującym dziadkom z Krakowa. Jak zdobędą z 50% to przyznaję im rację i przyłączam się do strajku. Jak nie, to kupują mi pyszną, pachnącą pizzę (chicken barbeque z Dominium - mistrzostwo) i patrzą jak wpierdalam. Stoi?

Skutki tego są raczej smutne. Przez kilka lat, w których sprawność umysłu jest najwyższa, ogół młodzieży studiuje przebieg procesów egzogenicznych, strukturę Polskiego Państwa Podziemnego i budowę płucotchawek. Cała impreza kosztuje - według informacji Gazety Prawnej - do 18 tysięcy złotych rocznie na dzieciaka. Po sześciu latach edukacji ponadpodstawowej kompetencje absolwenta liceum pozwalają mu na zatrudnienie przy prostych pracach fizycznych. Część idzie na studia. Być może medykom i inżynierom przydają się informacje zdobyte w szkole średniej, jednak z perspektywy początkującego jurysty nie mają one absolutnie żadnego praktycznego zastosowania. Po paru latach, niewykorzystywane na co dzień i nierozwijane hobbystycznie wiadomości ulatują z młodej głowy - parafrazując poetę - jak ulotka. W efekcie postępującego procesu infantylizacji, przez pierwsze 24 lata, człowiek generuje koszty. Potem mamy 40 lat produkcji i znów jakieś 10 lat kosztów. Czyli przez statystyczne 75 lat i 2 miesiące przeciętnego żywota musimy się wyżywić za to, co zarobimy przez jakieś 40.

Problem w tym, że w skarbcu pustki. A właściwie dużo, dużo mniej. Jak podaje Judische Zeitung za Poncyliuszem, w obecnym budżecie wpływy z PITu wynoszą 42 000 000 000 złotych, a obsługa długu zżera o miliard więcej. Jakby tego było mało, idzie niż demograficzny. Nawet nie podzielając kasandrycznych wizji prof. Rybińskiego, trzeba rozważyć możliwość, że kiedyś to wszystko, z większym czy mniejszym hukiem, weźmie i pierdolnie.

W tym momencie musimy zapytać za klasykiem - szto dziełat'?

Pierwsza odpowiedź jest oczywista i nie spotkałem się jeszcze z żadnym sensownym kontrargumentem - odpuścić licea ogólnokształcące, promować technika i zawodówki. Zwłaszcza bezpośrednio współpracujące z potencjalnymi pracodawcami. Państwo dysponuje narzędziami budżetowymi do prowadzenia takiej polityki. Popyt przyjdzie za kilka lat, kiedy absolwenci humanów staną przed koniecznością wyboru szkoły dla swojego dziecka.

Odpowiedź druga - pójść za ciosem, w kierunku wyznaczonym odważnie przez panią minister. Pogodzić się z faktem, że wiedza historyczna przeciętnego programisty czy weterynarza raczej nie przekroczy podstawy programowej z podstawówki (wątpiącym polecam lekturę tejże). Wyrzucić z art. 70 ust. 1 Konstytucji RP absurdalne zdanie drugie, statuujące przymus szkolny do 18 roku życia. Dokonać gruntownej rewizji programów nauczania, skrócić edukację ogólną i możliwie wcześnie wprowadzić podstawy kształcenia fachowego. Owszem, nieuniknionym kosztem będzie konieczność wcześniejszej decyzji o specjalizacji. Uważam, że podejmowanie jej dopiero w osiemnastym roku życia jest luksusem, na który nas zwyczajnie nie stać. Odrzucić iluzję fabryki inteligencji i nastawić edukację licealną na produkcję fachowców. Zrozumieć, że nikt na siłę nie ulepi erudyty z człowieka, który nie ma takiej ambicji.

Odpowiedź trzecia - rozważyć przeniesienie na nasze realia kilku najbardziej racjonalnych rozwiązań fińskich. Z reguły niechętnie podchodzę do tego typu projektów. Jednak, jeśli uznamy wyniki prowadzonych przez OECD badań PISA za miarodajne, refleksja nad fińskim systemem będzie nieodzowna, jako że wyniki tamtejszych uczniów są imponujące. Przez racjonalne rozwiązania rozumiem po pierwsze obowiązkową naukę gotowania i obróbki drewna (u nas można by dać do wyboru jeden z kilku podobnych fachów). Po drugie, przyjęcie założenia, że 1/5 nauki szkolnej to czas, w którym uczeń, po konsultacji z rodzicami, realizuje zagadnienia odpowiadające jego zainteresowaniom, a szkoła jedynie mu w tym pomaga. Jednocześnie ograniczeniu podlegają inne zadania domowe. Reszta pomysłów mogłaby się niestety w nadwiślańskich warunkach nie przyjąć.

Tyle z mojej strony. Jak zwykle zapraszam do polemiki, czy to pisemnej czy werbalnej.

piątek, 23 grudnia 2011

gdy turków za bałkanem twoje straszą spiże

Ciesząc się resztkami wolnego czasu przed sesją pozwoliłem sobie przelać na klawiaturę to co mi przez ostatnie tygodnie chodzi po głowie. Three, two, one, let's jam!

Zacznijmy od tego pana, który jak się okazuje jest Człowiekiem Kultury. Cienki aktorzyna, chałturnik nad chałturniki, twarz co drugiej filmopodobnej szmiry w tym kraju plecie sobie o świetlanej przyszłości. Rozumiem jeszcze Gąsiorowska, rozumiem Szyc - też nic mądrego z siebie nie wydusili, ale przynajmniej dobrzy w swoim fachu. Nasuwa się jednak refleksja - skąd właściwie pomysł żeby taki Karolak miał coś do powiedzenia w jakiejkolwiek sprawie? Tutaj chodzi akurat o ściągnięcie na marsz stołecznych gimbusów, więc rzecz jest dosyć jasna. Ale jednak, zaskakuje u nas autorytet tak zwanych Ludzi Kultury. Skąd się to wzięło?

Większość Polaków poproszonych o przywołanie trzech naszych dziewiętnastowiecznych rodaków odpowie: Mickiewicz, Słowacki und Norwid. Ano, w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku - powiada Mackiewicz - Niemcy wyżywali się w filozofii, Anglicy w ekonomii, Francuzi w ustroju, a Polacy w poezji. Stąd i obecne różnice w estymie poszczególnych grup. Koncepcja dość mocno naciągana, ale pewien trop jest. Kisielewski tłumaczy sprawę od innej strony. Otóż narodem kierują elity. W państwach kapitalistycznych mamy zachwalaną przez Arystotelesa klasę średnią, jak również warstwę obrzydliwych bogaczy w typie Rockefellerów czy Kampradów. Do wpływu na masy komuniści potrzebowali elit własnych, przy czym wszelacy burżuje oczywiście odpadali. Toteż ich substytutem miały stać się elity kulturalne, chudożnicy i wierszokleci wysławiający ustrój jedynie słuszny. Siłą inercji ostało się to w III RP. Stąd taki na przykład Różewicz ze swoim pseudopoetyckim bełkotem czy Szymborska i jej "nowego człowieczeństwa Adam" uważani są z jakiegoś powodu za niepodważalne autorytety w sprawach wszelakich. Pomnożyć to przez 6 godzin polskiego tygodniowo pomnożone przez 12 lat edukacji, e voilà!

Z jednego absurdu wyrastają inne. Rzecz pierwsza - wolność twórczości, czyli koncepcja, że co do zasady nie wolno nazwać nikogo np. niemytym chamem, ale jeśli podciągniemy rzecz pod szeroko rozumiany artyzm to reguła ta nie obowiązuje. A więc nazwanie jednego z członków rady ministrów żydem parchatym spotka się z powszechną dezaprobatą, jak również będzie przestępstwem zgodnie z regulacją KK. Tymczasem, jeśli wspomnianą obelgę ujmiemy w układ sylab 5-7-5, wtedy z naszym przecudnym Haiku możemy iść do prasy i skarżyć się na kneblowanie ust artystom.

Rzecz druga - zamiłowanie współczesnych podstarzałych pisarzy do zamieszczania w swych literackich dziełach wyjątkowo niesmacznych opisów scen lubieżnych. We wszelkich innych okolicznościach, opowiadanie takowych bezeceństw uznane byłoby za nielicujące z powagą osoby publicznej i w sumie trochę chore, tutaj jednak łapie się pod wspomniane tworzenie kultury. Kiedy indziej rzekłbyś - stary zboczeniec, ale nie, nie wolno, bo to wszak artysta. Przepraszam najmocniej, ale odpycha mnie jak cholera, kiedy taki Ziemkiewicz czy Pilch realizuje się poprzez opisy "fiutów" i "cip". Obcowanie z literaturą ma mi dostarczać intelektualnej rozrywki - czy to poprzez głębsze rozumienie rzeczywistości (Hawking albo wspomniany Mackiewicz) czy dosyć prostacką frajdę w stylu "księżniczki, intrygi i walka mieczem" (G.R.R. Martin/Sienkiewicz). Jeśli zażyczę sobie wulgarnego jebania na granicy dobrego smaku, to w końcu po coś wymyślono internet.

No i rzecz trzecia, debilny pomysł 1% na kulturę. Pomijając już całą resztę aspektów, chciałbym zwrócić uwagę na jeden. Lewactwo zdaje się nie uznawać jakichkolwiek granic zakresu pojęć "kultura" i "sztuka", czego doskonałym przykładem twórczość panny Wójcik, ale także choćby panny Nieznalskiej (tu splunięcie przez lewe ramię). Wystarczy zresztą zerknąć na http://biurotlumaczen.art.pl/. Wobec takiego subiektywizmu i koncepcji, że to sztuką, co sztuką ktoś nazwie, warto rozważyć konsekwencje przyjętych założeń. Eco swego czasu stwierdził (o dziwo całkiem słusznie, jak się nad tym zastanowić), że elementem kultury jest nawet pozycja zajmowana przy sraniu (ujął to, zdaje się, nieco bardziej elegancko). Dowodem choćby popularność tzw. "narciarzy" w krajach azjatyckich, zwłaszcza Japonii. Wychodzi więc na to, że w chwili obecnej na kulturę idzie caluśkie 100% naszego budżetu - w czym boisko, wóz bojowy "Rosomak" czy zasiłek dla bezrobotnych jest mniej kulturalny od takiego na przykład performance'u? Ten 1% miałby więc być przeznaczony na arbitralnie wyznaczony drobny wycinek kultury, który różni się od reszty wyłącznie swoją absolutną bezużytecznością.

I tu przechodzimy do drugiej kwestii którą chciałem poruszyć, a więc czegoś, co Bacon nazwał idola fori - złudzeń umysłu powodowanych niedoskonałościami języka. Pewne słowa, jak wspomniana wyżej "kultura", albo nic już nie znaczący "faszyzm" wzbudzają w ludziach niezdrową fascynację. Przez to niektóre naprawdę istotne problemy sprowadzone zostały do absurdów.

Pierwsza sprawa - aborcja. Można kwestię ugryźć od kilku stron. Dawkins na przykład podaje jako wyznacznik świadomość i stopień cierpienia, który w tym przypadku nie przerasta dyskomfortu odczuwanego przez zarzynanego świniaka. Odpowiedzieć można choćby problemem przerwania ciągłości istnienia, jako że każdy z rozważających ten problem był swego czasu na etapie rozwoju kwalifikującym się do skrobanki. Tymczasem 90% dyskusji sprowadza się do uznania unisono, że człowiek ma prawo do życia i roztrząsania, czy ten nieszczęsny płód jest człowiekiem. Mamy przedstawiciela gatunku homo sapiens o odrębnym DNA, no to mamy człowieka i nic z nim zrobić nie można, krzyczą tzw. prolajfy, uważając rzecz za rozstrzygniętą. Granda - odpowiedzą tzw. proczojsy - rzecz oczywista że trzymiesięczny płód różni się od dorosłego człowieka, a więc nie jest człowiekiem i można go spokojnie skrobać. Jakby kwestia czy nazwiemy dany desygnat człowiekiem, embrionem, czy chujem na kaczych łapkach rzeczywiście miała o czymś przesądzać.

I problem analogiczny - magiczne słowo "suwerenność". Wyraz ten oznacza, że państwo z punktu widzenia prawnego może podjąć zobowiązania lub się z nich wycofać. Tyle. Tymczasem u nas fetyszyzacja wspomnianego pojęcia jest po prostu niebywała. Instytucje unijne sterowane przez Berlin i Paryż są nad Wisłą faktyczną legislatywą, więzi prawne, polityczne i gospodarcze sprawiają, że o żadnej niezależności Polski nie może być mowy. Środowiska z prawej słusznie zwracają uwagę na zaistniały problem, przy czym oczywiście muszą przy okazji dojebać z grubej rury jeśli nie o utracie niepodległości, to chociaż suwerenności. Wtedy w telewizorze pojawi się jakiś pan z lewej, wyśmieje rzucane hasła i zauważy, że wszystko jest w pytkę, bo dopóki możemy z Unii wystąpić, to jesteśmy państwem w pełni suwerennym. No i będzie miał rację, to właśnie znaczy suwerenność - że teoretycznie możemy się wypisać. A że trzy czwarte naszego prawa gospodarczego pisze Bruksela? No drugorzędna sprawa, w końcu jesteśmy suwerenni.

Tutaj miałem przejść do ciekawej nacjonalistycznej konkluzji Bocheńskiego, który przyjął, że celem rządu jest podnoszenie pozycji w hierarchii narodów, natomiast samodzielność może być jedynie środkiem do tego celu. Chciałem w tym kontekście skrobnąć parę słów o naszym ministrze, ale na razie może wystarczy. Jak starczy chęci, to może po sesji coś tam stworzę. Wesołych tymczasem.

sobota, 29 października 2011

hier kommt die Sonne

Dobry wieczór!

Powodowany pierwotnymi pobudkami założenia niniejszego przybytku, id est przyjemnością wymądrzania się w internetach, chęcią usystematyzowania wniosków z jakichś tam rozmów i przemyśleń, jak również intencją doszlifowania warsztatu publicystycznego, postanowiłem jebnąć notkę. I tak też czynię.

Bezpośrednią pobudką stały się natomiast wynurzenia niejakiego profesora Marksa z Yale, który za pośrednictwem tych samych internetów, raczył podzielić się ze mną swą wizją moralności. Moralności, która - jego zdaniem - zwyczajnie nie istnieje. Tak jak na wyspie zamieszkałej przez kilku zupełnie niecywilizowanych buszmenów wobec braku jakiejkolwiek legislatywy nie ma sensu określanie czegokolwiek jako "legalne" lub "nielegalne" - dowodzi pan profesor - tak i w naszej rzeczywistości bezcelowe jest posługiwanie się pojęciami "dobro" i "zło", jako że czegoś takiego zwyczajnie niet.

W tym momencie łapię się za głowę i walę z oburzeniem w stół żaroodpornym kubeczkiem z Piwniczanką (kowbojskim kubkiem niestety nie dysponuję). Wychowanie w naszym kręgu kulturowym zakłada istnienie takich kategorii jak "be" i "cacy", które to kształtują postępowanie małoletnich. Szkoda czasu i atłasu na tłumaczenie gówniarzowi dlaczego na przykład wpieprzanie paprotki albo szczypanie kota są zachowaniami niepożądanymi, a zjedzenie do czysta krupniku wręcz przeciwnie. O genezie i implikacjach wspomnianego mechanizmu bardzo rozsądnie pisze zresztą Dawkins. Tak czy siak, pod wpływem wychowania, ale także religii i poniekąd dóbr kultury, większość ludzi wyrabia w sobie dosyć manichejskie pojmowanie dobra i zła jako dwóch ścierających się transcendentnych sił. Bardziej refleksyjna część społeczeństwa, zwykle w momencie zwątpienia religijnego, zauważa z zaskoczeniem, że wspomniane siły prawdopodobnie nie istnieją. Nie ma jasnej i ciemnej strony Mocy, nie ma Power Rangers i Lorda Zeda. A stąd już krótka droga do spostrzeżenia, że różni ludzie miewają różne poglądy (łał). No to co? Wychodzi, że wszystko jest względne, nie?

Chuja tam! - rzekłby pewien opolski superbohater. Można zrezygnować z religijnego definiowania dobra, ale nie wiem czemu miało by to oznaczać negację jego istnienia. "Dobro" i "zło" to nic więcej jak definicje, słowa przyjęte na określanie pewnych zjawisk, takie same jak "pies", "średniowiecze" czy "wentylacja". Jak zauważył swego czasu Epikur, człowiek odczuwa przyjemności i przykrości, przy czym te pierwsze są całkiem fajne, a te drugie już tak średnio. Co z tego faktu Epikur raczył wyprowadzić, to już zupełnie inny temat. Jak by nie było, każdy zdrowy człowiek przyzna, że co do zasady sprawianie komuś przyjemności jest ok, a sprawianie mu przykrości ok już nie jest. "Nie ulega wątpliwości, że przyjemność jest dobra, a przykrość zła." - że pozwolę sobie rzucić cytatem ("Elementarz Etyczny", Karol Wojtyła - zdziwko, ain't it?).

I każdy normalny system etyczny, jak by się nie zwał, na taką definicję przystaje. „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy" - rzecze Pan Nasz wg. Ewangelisty (Mt 7,12). "Czym sam się brzydzisz, nie czyń tego nikomu!" - napisze kilkaset lat wcześniej natchniony autor Księgi Tobiasza (Tb 4, 15). Poglądy na moralność Kanta, Monteskiusza, Sartre'a i całej reszty rozsądniejszych nowożytnych mądrali sprowadzają się zresztą mutatis mutandis do tego samego. Oczywiście, kwestie typu: bezkompromisowość czy odpowiedzialność, ofiarność czy samorealizacja, swoboda czy podporządkowanie - pozostają otwarte. Nie twierdzę w żadnym razie, że istnieje jedna formułka przy pomocy której można rozwiązać wszelkie etyczne dylematy. Twierdzę jedynie, że zarówno "dobro" jak i "zło" są nazwami posiadającymi swoje desygnaty. Owszem, niby cokolwiek można nazwać dobrem. Tak samo jak cokolwiek można nazwać knedlem, ale jego istota sprowadza się do bycia kluską z owocami, a nie do kwestii, jakim słowem to określimy. Gdy ktoś stwierdzi, że ocena moralna instytucji: Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej jest w takim samym stopniu zależna od relatywnego punktu widzenia, to go uznam za debila, ot co.

Podejrzewam zresztą, odbiegając już nieco od pierwotnego wątku, że ta paskudna tendencja do relatywizacji czego tylko się da, ma związek z opacznie rozumianą égalité. O ile zrównanie ludzi w prawie i wobec prawa wydaje się czymś bezdyskusyjnym, o tyle ich absolutna równość jest równie absolutną bzdurą. Tak jak piłkarze Sparty Szepietowo odbiegają nieco poziomem od graczy Arsenalu (słyszałem, że 5:3, pozdrawiamy), tak różnych ludzi Bozia czy też nature do spółki z nurture obdarzyły różnym poziomem choćby intelektu i smaku - bardzo łatwo to zresztą dostrzec rozmawiając z emerytami, u których wspomniane różnice występują z niesłychaną ostrością.

Ad rem. Współczesny ustrój społeczny dozwala każdemu - i bardzo słusznie - na posiadanie własnej opinii. Ze wspomnianą opinią można się obnosić ile wlezie i nikomu się z niej tłumaczyć nie trzeba. Tu jednak widzimy pewien błąd logiczny. Mianowicie z faktu, że twierdzenie rzeczy błędnych i głupich jest całkowicie legalne, domorosły liberał chciałby wyprowadzić tezę, że ani mądrość ani głupota nie istnieją. Każdy wszak jest równy, dlaczego więc subiektywna opinia jednego miałaby być lepsza niż takie samo widzimisię drugiego. Że może by to ugryźć jak nie empirycznie to racjonalnie, no jakkolwiek? Pfff, a po co?

W zabawny sposób mechanizm ten funkcjonuje w obszarze działania tzw. tolerancji. Każdy ma prawo wkładać penisa gdzie sobie zażyczy - ok. Ale zaraz pojawia się pomysł, że gdzie by go nie włożyć, będzie to równie normalne. Swego czasu widziałem taką ciekawą akcję jakiegoś tęczowego towarzystwa - "precz z heteroseksualną propagandą", "nie mam nic do heteroseksualistów, ale niech się z tym nie afiszują", itp. (szukałem teraz tych plakatów, ale co i rusz wyskakiwali jacyś dosyć obrzydliwi dżentelmeni, wiec niestety musiałem odpuścić). Samo paskudne słowo "heteryk" na określenie zdrowych ludzi jest najlepszym przejawem tego trendu. Jak bum cyk cyk doczekamy się jeszcze, że "kobiety urodzone w ciałach mężczyzn" będą się domagały zaprzestania nieuzasadnionego uprzywilejowania "kobiet urodzonych w ciałach kobiet". Zwłaszcza odkąd mamy panią poseł Ryśka. Ale to już osobny temat.

Równolegle z tym trendem, występuje doszukiwanie się, nie wiadomo skąd, odpowiedzialności zjawisk zewnętrznych za ewentualne ludzkie niedostatki. Lewicująca skądinąd profesor Szyszkowska na przykład nie może przeboleć demonicznego wpływu mass mediów na nieświadome tłumy. Cóż z tego, że kultura wysoka i niska współegzystowały od wieków i jak jedna przeznaczona była dla elit, tak druga raczej dla tak zwanego chamstwa. Teraz wszyscy równi, więc jak jak ktoś ogląda bzdury i się mu to podoba, to jego rozgrzeszamy, a ewentualną odpowiedzialność zrzucić trzeba na owe bzdury, że w ogóle są, a najlepiej jeszcze na kapitalizm (wyścig na dno kultury wysokiej i masowej to już temat na osobny tekst). Podobnież, jeśli w kraju o łatwym dostępie do broni palnej jakiś popieprzony dzieciak postanowi rozstrzelać rówieśników i grono pedagogiczne w akcie pomsty za lata doznanych upokorzeń, winę za to muszą ponieść brutalne gry, filmy, hiphop, heavy metal, no cokolwiek, byle nie on sam.

Cholera, znów się rozpisałem. To tak na koniec dwa słowa o dyskusjach na filmwebie. Jak mawiali starożytni Rosjanie - na wkus i cwiet tawariszczi niet. Stwierdziłem już nieco wyżej, że każdy ma prawo do własnego gustu, także ludzie pozbawieni mózgu, poczucia humoru i wyczucia żenady. Odbieranie im tego prawa i kilkusetpostowe dyskusje mające przekonać bluźnierców w jak wielkim są błędzie to czysty absurd. Taki sam jak uznanie, że w związku z tym jakiekolwiek obiektywne kryteria nie istnieją i "Requiem" w sumie niczym się nie różni od rodzimego "Dlaczego Nie".

niedziela, 24 kwietnia 2011

na chuj mnie ten kaktus?

Jako że dziś Wielkanoc, piszący te słowa postanowił zrobić sobie jednodniową przerwę od procedury karnej. Wiadomo, miesiąc przed sesją nie wypada narażać się szeroko rozumianej Vis Maior, toteż zamiast poświęcać się lekturze dzieła imć Tylmana i jego koleżki, powymądrzam się w Internecie. W temacie homoseksualizmu. A właściwie o tym temacie.

Dyskusje w kwestii wspomnianego upodobania wydają się bowiem encyklopedycznym przykładem jałowej paplaniny, z której nic nie wynika i wyniknąć nie może. Nikt cywilizowany nie zamierza zabraniać miłośnikom takowych praktyk czynienia sobie nawzajem przyjemnie. Co więcej, nie słyszałem jeszcze aby jakiś gej zechciał uprzednio pytać o pozwolenie któregokolwiek ze swych zacietrzewionych antagonistów. Z drugiej strony, dopóki pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków stanowi znaczną część elektoratu, a stery władzy dzierżą osoby jeszcze starsze, o jakimkolwiek prawnym uprzywilejowaniu nie może być mowy, bo to zwyczajnie nie przejdzie.

Choć generalnie wszyscy są świadomi powyższych faktów, to jednak wciąż na imprezach, posiadówkach, w parkach i w szkołach, tysiące dyskutantów zawzięcie wałkują temat, dochodząc do tych samych chuja wartych wniosków. I wszystko byłoby ok, gdyby nie powaga z jaką większość populacji traktuje problem dotyczący może jednego na trzydziestu. A jeśli nie daj Matko Boska oponenci golnęli sobie przed dysputą, tragedia gotowa. Co ciekawe, znacznie poważniejsze problemy - ultrachujowo działających związków zawodowych, prawnie sankcjonowanego złodziejstwa kleru, nieracjonalnego systemu edukacji - bez większych trudności mogą stać się polem porozumienia osób o radykalnie różnych poglądach i wyznawanych wartościach. Gdy te same osoby wejdą na temat ciotek - wojna gotowa.

Więc kiego chuja - spyta uważny czytelnik - powyższą rzecz poruszać? Odpowiedź jest banalnie prosta - do wykłócania się o homoseksualistów absolutnie zbyteczne są jakiekolwiek podstawy teoretyczne. Nie ma tu nad czym dumać - otwieram usta i niechaj płynie czyste złoto. Co innego choćby podatki, powstania, nawet poważnie traktowana polityka - niby równie wdzięczne tematy, ale żeby mieć coś do powiedzenia, trzeba szukać, czytać, rozumieć - wiadomo, dla niektórych wysiłek ponad miarę. Nie żeby niedoedukowanie zwalniało kogokolwiek z chęci posiadania własnej, oczywiście niezmiennej opinii, jednak przed ludźmi się nią chwalić trochę głupio, bo jeszcze wyśmieją.

Przechodząc do konkluzji, przyczyną opisywanego zjawiska jest jedno z trzech najbardziej kretyńskich przekonań funkcjonujących w powszechnej świadomości - że "trzeba mieć własne zdanie". Forma ponad treścią - nie ma być mądre, ma być własne. Zabawne jest to, że właśnie w ten typ myślenia celują partie polityczne w swoich żenujących kampaniach. Jeden PSL mówi: "głosuj chamie na mnie, to razem okradniemy miastowych w KRUSie". Cała reszta nie sili się na konkretne propozycje dla konkretnych grup, żadnej otwartej reprezentacji interesów, nic co kilkadziesiąt lat temu rozumiano pod pojęciem polityki. Zamiast tego prosty przekaz: "z nami Polska będzie zajebista".

I tutaj się pojawia pewien problem. Pytanie - skąd pomysł że pospólstwo będzie wiedziało co jest dla kraju najlepsze? Czy nie lepiej, gdyby decydowali o tym ludzie mądrzy? Naczelną ideą demokracji liberalnej wydaje się rozstrzyganie spornych interesów przez przedstawicieli ludu. Tymczasem partie już dawno odpuściły sobie reprezentowanie interesów grup wyborców, zamiast tego oferując konkurencyjne mgliste wizje powszechnego dobrobytu. Skoro więc wyborcy mają decydować jedynie kto ma doprowadzić do ogólnej szczęśliwości, może warto byłoby wrócić do cenzusów albo systemu kurialnego?

Dla porządku dodam, że pozostałe dwie popularne megakretyńskie tezy to: "bądź sobą" (sprawdza się przy referatach i rozmowach kwalifikacyjnych; traktowanie tego jak życiowej dewizy jest niewypowiedzianym błędem setek osób które zrobiłby lepiej zostając kimkolwiek innym) oraz "alkohol to magiczny eliksir - odkąd zacząłem go pić nie jestem już cwelem, teraz jestem cool".

sobota, 15 stycznia 2011

wkład Polandii w cywilizację białego człowieka

Czy wiedziałeś, że Polacy, prócz teorii heliocentrycznej, lampy naftowej i niebieskiego lasera wynaleźli też takie cuda jak:
  • barwoczuły papier fotograficzny (Jan Szczepanik)
  • jedwabna kamizelka kuloodporna (Jan Szczepanik)
  • krótkofalówka (Henryk Magnuski)
  • wycieraczki samochodowe (Józef Hofmann)
  • pneumatyczne resory (Józef Hofmann)
  • spinacz biurowy (Józef Hofmann)
  • ręczny wykrywacz min (Józef Stanisław Kosacki)
  • ręczna kamera (Kazimierz Prószyński)
  • skrzydło delta (Kazimierz Siemionowicz)
  • witaminy (Kazimierz Funk)
  • melexy
Jak również sporo innych rzeczy, o których jednak w życiu nie słyszałem, więc prawdopodobnie nie zrobi to na nikim większego wrażenia.

środa, 17 listopada 2010

WC-man

Jestem świeżo po lekturze biografii "hall of famer`a" Wojciecha Cejrowskiego autorstwa Grzegorza Brzozowicza. Człowiek ten podobno przez jakiś czas pracował nad "Boso przez świat". W każdym razie, WC ma dość nieprzychylne zdanie o publikacji na jego temat. Twierdzi, ze narusza jego prywatność i naraża na niebezpieczeństwo rodzinę. Tylko dlatego, że w odniesieniu do osób publicznych prawo polskie skonstruowane jest tak a nie inaczej, nie mógł zablokować ukazania się książki. Tak "młot na lewicę" obwieścił na swojej oficjalnej stronie internetowej. Co ciekawe i godne pochwały, autor biografii nie ukrywa, że jej bohater jest przeciwko, przytaczając dialog jaki odbył z nim po napisaniu, a przed publikacją dzieła.

Szczerze mówiąc, jestem trochę zdziwiony postawą samego WC. Jak wynika z epilogu książki, spodziewał się w niej znaleźć mnóstwo nie potwierdzonych plotek i zaglądania pod kołdrę, co w sumie nie było pozbawione sensu. Być może nigdy książki o sobie nie przeczytał, uznając ją z góry za zagrożenie i głupotę. Tymczasem jego obawy wydają się być nie uzasadnione. Owszem, biografie z ostatnich lat zazwyczaj obfitują w nieznane dotąd fakty, pikantne szczegóły i nie potwierdzone ciekawostki dotyczące ich bohaterów. Jednak tym razem, nie dowiadujemy się nawet, ile rodzeństwa ma pierwszy kowboj RP! Autor podszedł do sprawy z dużym szacunkiem wobec dotychczasowej postawy WC nie ujawniania żadnych faktów z życia prywatnego. Nawet mimo tego, że głównie za sprawą Beaty Pawlikowskiej, wszyscy coś tam wiedzą o małżeństwie pary podróżników, w biografii nie ma o tym choćby słowa. Jedyne osoby z rodziny Cejrowskich, o których otrzymujemy porcję informacji to dziadek i niedawno zmarły ojciec Wojciecha. Natomiast jedyną rzeczą, i to jakby się mocno uprzeć, którą można uznać za plotkę jest to, że w czasach studiów "Gringo" przyjaźnił się z obecną żoną jednego z najbogatszych Polaków, Jolantą Pieńkowską, ale nigdy parą nie byli.

Brzozowicz zachował się całkiem w porządku wobec opisywanego przez siebie bohatera. Jednak przez to, że WC nie był przychylny całej sprawie, książkę należy raczej traktować jako zebranie w jednym miejscu istotnych, aczkolwiek gdzieś już wcześniej dostępnych, informacji na temat autora "Boso przez świat". Sporo informacji zaczerpniętych jest chociażby z pierwszej książki WC, "Kołtun się jeży", gdzie jest sporo informacji na temat jego dzieciństwa i trochę na temat przodków.

Z lektury książki wynika jeszcze jedna istotna rzecz, która rzuca nieco moim zdaniem zbyt jaskrawe światło na niezwykłą przedsiębiorczość opisywanego. Właściwie cała jej konstrukcja opiera się na opisywaniu kolejnych biznesów Cejrowskiego, czasem będących dziełem przypadku, czasem bardzo przemyślanych. Zaczyna się wszystko od dziadka Antoniego, który w trudnych czasach powojennych potrafił swoim niezwykłym zmysłem zapewnić rodzinie godziwy byt. W konsekwencji przekazał w genach wnukowi smykałkę do interesów. Ostatecznie momentami odnosi się wrażenie, że dla WC zarabianie i wykorzystywanie okazji do zrealizowania kolejnego przedsięwzięcia jest nawet nadrzędne względem jego światopoglądu i przekonań. A to moim zdaniem mocno przesadzony osąd. I być może, właśnie w tym Pan Wojciech doszukał się informacji krzywdzących.

Mimo to, biografię czyta się naprawdę świetnie, bo jest w gruncie rzeczy bardzo dobrym rzemiosłem. Napisana jest wartko i dowcipnie. Pozwala przy tym bardziej kompleksowo spojrzeć na jej bohatera.

Dodatkowo, dla wszystkich fanów samego Cejrowskiego, a zwłaszcza dla wielbicieli pamiętnego "WC Kwadransa", biografia zawiera bardzo istotną i moim zdaniem, potęgującą uwielbienie dla jej bohatera, informację. Dotyczy bardzo niedawnego w gruncie rzeczy faktu otrzymania przez Wojciecha "Wiktora" w kategorii "odkrycie roku 2009". Ceremonia odbyła się w maju tego roku. Laureata na sali nie było, ponieważ przebywał za granicą, jednak nagrodę odebrał wcześniej i przesłał "podziękowanie" w formie wideo. Przytoczę tu całą jego wypowiedź, bo uważam, że warto:

- U mnie dzień dobry, u państwa dobry wieczór. Szanowni państwo, dziękuję za zaproszenie, ale ono przyszło 15 lat za późno. Przypomnę, że ja już byłem nominowany jako Odkrycie roku za "WC kwadrans" i jeszcze dodatkowo byłem wtedy nominowany jako: Osobowość TV, Najlepszy Prezenter, Najlepszy Publicysta, Dziennikarz i Aktor. Tylko wtedy państwo mi nie przysłali zaproszenia na tamtą galę. Dlaczego? Z powodu poglądów! Żeby Cejrowskiego nie było na sali, bo on jest "BE". Uprzejmie informuję, że moje poglądy się nie zmieniły: "Precz z komuną!" i "Precz z aborcją!"

A na zakończenie WC walnął piąchą w stół, zabrał Wiktora, a pozostawił po sobie słynny kubek z "WC Kwadransa".

I na tym właściwie mógłbym zakończyć, ale to wystąpienie jest po prostu miażdżące. Niestety nie mogę nigdzie znaleźć wideo, a bardzo bym chciał. W każdym razie, skojarzyło mi się to z zakończeniem amerykańskiego filmu o superbohaterze, w którym słuch już o nim niemal zaginął, a w ostatniej scenie pojawia się znów jego maska, tutaj w formie kubka, dając sygnał, że to jeszcze nie koniec.