niedziela, 8 kwietnia 2012

laudatio

Ponownie korzystając z religijnego imperatywu świątecznego lenistwa, postanowiłem przelać na wirtualny papier kilka refleksji - tym razem w przedmiocie najświeższych zmian w systemie edukacji. Temat ten podnosiłem już w paru rozmowach, jednak chciałbym tutaj usystematyzować przemyślenia. Zwłaszcza, że rzecz wydaje mi się absolutnie klarowna i jednoznaczna, podczas gdy cały intelektualny dyskurs Najjaśniejszej idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Tak więc na przekór: po trzykroć wiwat minister Hall!

Zacznijmy od tła powstawania współczesnego systemu edukacji. Gdzieś w drugiej połowie XIX wieku pruska generalicja po długim namyśle doszła do wniosku, że praca dzieci w fabrykach to raczej chujowy pomysł. Nie było oczywiście mowy o żadnych względach humanitarnych, po prostu trochę głupio jak się materiał na rekruta zaharuje na śmierć zanim ktokolwiek da mu strzelbę do ręki. Tak więc z jednej strony aspekty pragmatyczne, z drugiej działalność Bernsteina i Lassalle'a, z trzeciej zagrożenie marksistowskie a z czwartej rozum polityczny Bismarcka doprowadziły do powstania pierwszych w tej części świata regulacji prawa pracy. Równolegle, powoli okazywało się, że robol który zrozumie to co mu na jakiejś kartce rozpisać/narysować, który jest w stanie przemnożyć trzy przez pięć albo zanotować sobie rzeczy których nie potrafi zapamiętać, znacznie usprawnia produkcję czegokolwiek. I tak, w realiach industrialnej, fordowskiej gospodarki, zaczęła się walka z analfabetyzmem, zmierzająca krok po kroku ku powszechnej edukacji.

Sto lat później, powszechna edukacja (nota bene jak większość socjaldemokratycznych wynalazków) wciąż funkcjonuje przy tych samych założeniach, ale w radykalnie odmiennej rzeczywistości. Po blaskach i cieniach realnego socjalizmu, po dziesięcioleciach prosperity w Europie, przy serwilizacji ekonomii i postfordowskiej produkcji, mamy ten sam model szkolnictwa co nasi pradziadowie, ale stawiamy przed nim zupełnie nowe zadania. Chcemy z podstawówek, gimnazjów i liceów zrobić jedną wielką fabrykę inteligencji. Z jednej strony taśmy kładziemy kloc drewna, z drgiej zjeżdża stołek. Z jednej kładziemy kilka tysięcy sześciolatków, maszyna warczy, buczy i po dwunastu latach wyskakuje elita narodu. Nie działa? Wot, siurpryza!

Pojawia się pytanie: dlaczego nie działa? Odpowiedzi nasuwają się dwie. Pierwszą podaje natchniony autor Księgi Przysłów: "Choć stłuczesz głupiego w moździerzu tłuczkiem - razem z ziarnami - głupota go nie opuści." [Prz 27:22]. Zatroskane nad kondycją współczesnej młodzieży autorytety (że wspomnę choćby dr hab. Andrzeja Waśko i jego tekst w trzecim numerze Rzeczy Wspólnych) popełniają ten zasadniczy błąd, że współczesnego przeciętniaka przyrównują do elit wieków minionych. Że rezultatem takiej refleksji będzie załamanie rąk, wiadomo już na wstępie. Ta sama pomyłka (o czym już pisałem) jest problemem krytyków kultury masowej - ludzie głupi oglądają głupoty, tak było, tak jest i tak budiet' wsiegda! Inna sprawa, że podobno na jednej z glinianych tabliczek znalezionych swego czasu w Ur widnieje zapisane klinami: "Jeszcze nigdy w historii młodzież nie była tak źle chowana, a świat nie stoczył się tak nisko".

Druga odpowiedź, powiązana zresztą z poprzednią, to naturalny proces zapominania. Dlaczego zapominamy, tego dokładnie nie wiadomo. Teorie są cztery: upływu czasu, interferencji, utraty dostępu i wyparcia, przy czym ta ostatnia nie ma zastosowania do omawianych aspektów zjawiska.

Według teorii upływu czasu, na poziomie neurologicznym tworzą się struktury neuronów, które przechowują ślad pamięciowy. Informacja "krąży" w nowo powstałej strukturze, dzięki czemu jest pamiętana. Wymaga to ciągłej inwestycji energii, w związku z czym jeśli dane nie są powtarzane, zostają utracone - impuls wygasa. Jednakowoż przechowywanie informacji "na stałe" w pamięci długotrwałej związane jest prawdopodobnie ze zmianami chemicznymi i strukturalnymi. Wyjaśnia to, na dwa sposoby, teoria interferencji. Jedna hipoteza mówi, że nowy materiał powoduje "zatarcie" starych informacji, tak jakby nakładał się na poprzednie dane, co sprawia, że stają się one mniej dostępne lub zupełnie niedostępne. Druga zakłada, że mózg posiada ograniczoną pojemność informacyjną, czego skutkiem jest konieczność pozbywania się poprzednich danych, po to aby uzyskać miejsce na zapisanie nowych. W systemie pamięci długotrwałej interferencja może przybierać jeszcze inną formę: zapamiętanie informacji oznacza włączenie jej do obecnego już systemu skojarzeń. W efekcie system ten podlega modyfikowaniu, a więc zapisane dotąd dane zmieniają się i są modyfikowane pod wpływem zapisywania nowych danych. Najbardziej optymistyczna, a zarazem najbardziej kontrowersyjna teoria utraty dostępu, zakłada, iż zapominanie polega na niemożności wydobycia z pamięci, nie zaś na utracie danych, jako że pojemność zdrowej łepetyny jest nieograniczona.

One way or another, człowiek zapomina informacje niepowtarzane, a więc de facto nieużyteczne. Ja na przykład, mimo oceny bardzo dobrej na świadectwie z trzeciej liceum, za cholerę nie przypomnę sobie, co to jest aldehyd octowy, ale każdemu kto zechce spytać podam numer telefoniczny do sądu w Wejherowie. Przeciwnicy reformy sami przyznają mi tutaj rację, rozpaczając że przeciętny nastolatek o piramidach ostatni raz usłyszy w pierwszej klasie gimnazjum. Idąc za Baconem a przeciw Kartezjuszowi i przedkładając empiria nad ratio, mogę zaproponować prosty eksperyment. Przejedźmy się na przykład windą pierwszego z brzegu stołecznego biurowca. W każdej kancelarii prawnej zostawiamy dziesięć egzemplarzy matury z fizyki (poziom podstawowy - wystarczy), w biurach doradztwa finansowego czy innego złodziejstwa zostawiamy matury z chemii, a u programistów z historii. Wyłączamy internety i po regulaminowym czasie zbieramy prace. Wyniki są łatwe do przewidzenia, a mamy tu bądź co bądź do czynienia z warszawską crème de la crème. Maturę z chemii chętnie rozdam głodującym dziadkom z Krakowa. Jak zdobędą z 50% to przyznaję im rację i przyłączam się do strajku. Jak nie, to kupują mi pyszną, pachnącą pizzę (chicken barbeque z Dominium - mistrzostwo) i patrzą jak wpierdalam. Stoi?

Skutki tego są raczej smutne. Przez kilka lat, w których sprawność umysłu jest najwyższa, ogół młodzieży studiuje przebieg procesów egzogenicznych, strukturę Polskiego Państwa Podziemnego i budowę płucotchawek. Cała impreza kosztuje - według informacji Gazety Prawnej - do 18 tysięcy złotych rocznie na dzieciaka. Po sześciu latach edukacji ponadpodstawowej kompetencje absolwenta liceum pozwalają mu na zatrudnienie przy prostych pracach fizycznych. Część idzie na studia. Być może medykom i inżynierom przydają się informacje zdobyte w szkole średniej, jednak z perspektywy początkującego jurysty nie mają one absolutnie żadnego praktycznego zastosowania. Po paru latach, niewykorzystywane na co dzień i nierozwijane hobbystycznie wiadomości ulatują z młodej głowy - parafrazując poetę - jak ulotka. W efekcie postępującego procesu infantylizacji, przez pierwsze 24 lata, człowiek generuje koszty. Potem mamy 40 lat produkcji i znów jakieś 10 lat kosztów. Czyli przez statystyczne 75 lat i 2 miesiące przeciętnego żywota musimy się wyżywić za to, co zarobimy przez jakieś 40.

Problem w tym, że w skarbcu pustki. A właściwie dużo, dużo mniej. Jak podaje Judische Zeitung za Poncyliuszem, w obecnym budżecie wpływy z PITu wynoszą 42 000 000 000 złotych, a obsługa długu zżera o miliard więcej. Jakby tego było mało, idzie niż demograficzny. Nawet nie podzielając kasandrycznych wizji prof. Rybińskiego, trzeba rozważyć możliwość, że kiedyś to wszystko, z większym czy mniejszym hukiem, weźmie i pierdolnie.

W tym momencie musimy zapytać za klasykiem - szto dziełat'?

Pierwsza odpowiedź jest oczywista i nie spotkałem się jeszcze z żadnym sensownym kontrargumentem - odpuścić licea ogólnokształcące, promować technika i zawodówki. Zwłaszcza bezpośrednio współpracujące z potencjalnymi pracodawcami. Państwo dysponuje narzędziami budżetowymi do prowadzenia takiej polityki. Popyt przyjdzie za kilka lat, kiedy absolwenci humanów staną przed koniecznością wyboru szkoły dla swojego dziecka.

Odpowiedź druga - pójść za ciosem, w kierunku wyznaczonym odważnie przez panią minister. Pogodzić się z faktem, że wiedza historyczna przeciętnego programisty czy weterynarza raczej nie przekroczy podstawy programowej z podstawówki (wątpiącym polecam lekturę tejże). Wyrzucić z art. 70 ust. 1 Konstytucji RP absurdalne zdanie drugie, statuujące przymus szkolny do 18 roku życia. Dokonać gruntownej rewizji programów nauczania, skrócić edukację ogólną i możliwie wcześnie wprowadzić podstawy kształcenia fachowego. Owszem, nieuniknionym kosztem będzie konieczność wcześniejszej decyzji o specjalizacji. Uważam, że podejmowanie jej dopiero w osiemnastym roku życia jest luksusem, na który nas zwyczajnie nie stać. Odrzucić iluzję fabryki inteligencji i nastawić edukację licealną na produkcję fachowców. Zrozumieć, że nikt na siłę nie ulepi erudyty z człowieka, który nie ma takiej ambicji.

Odpowiedź trzecia - rozważyć przeniesienie na nasze realia kilku najbardziej racjonalnych rozwiązań fińskich. Z reguły niechętnie podchodzę do tego typu projektów. Jednak, jeśli uznamy wyniki prowadzonych przez OECD badań PISA za miarodajne, refleksja nad fińskim systemem będzie nieodzowna, jako że wyniki tamtejszych uczniów są imponujące. Przez racjonalne rozwiązania rozumiem po pierwsze obowiązkową naukę gotowania i obróbki drewna (u nas można by dać do wyboru jeden z kilku podobnych fachów). Po drugie, przyjęcie założenia, że 1/5 nauki szkolnej to czas, w którym uczeń, po konsultacji z rodzicami, realizuje zagadnienia odpowiadające jego zainteresowaniom, a szkoła jedynie mu w tym pomaga. Jednocześnie ograniczeniu podlegają inne zadania domowe. Reszta pomysłów mogłaby się niestety w nadwiślańskich warunkach nie przyjąć.

Tyle z mojej strony. Jak zwykle zapraszam do polemiki, czy to pisemnej czy werbalnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz