niedziela, 15 września 2013

niefart

Nieskolko refleksji w temacie panny Peszek, uczynione w przerwach pomiędzy zapieprzaniem. Hejty PituPitu i młodego Wildsteina całkowicie trafne, jednak spróbuję w tem miejscu śpiewaczki nie hejtować, a wyjaśnić na spokojno, co mi się w jej radosnej twórczości nie podoba.

Wątek religijny ("Pan nie jest moim pasterzem", "wisi mi krzyż") w sumie nawet jakoś nieprzesadnie. Laska ma oczywiście lekceważący stosunek do chrześcijańskiego sacrum, podkreślany zresztą wygłupami ze statywem na koncertach. Prawda jednak taka, że mieści się to w standardach laickiej, demokratycznej debaty publicznej. Jej święte prawo wyrzec się religii i układać sobie wierszyki, moje święte prawo tych bzdur nie słuchać, jej samej sympatią nie darzyć, a zamiast tego puścić sobie na przykład taką szałową nutę.

Pozwolę sobie jednakoż przytoczyć fragment wywiadu:

Żakowski: A pani przeciwnie. „Pan nie jest moim pasterzem/a niczego mi nie brak/(...) i chociaż idę ciemną doliną/zła się nie ulęknę/i nie klęknę”.
Peszkówna: Bo wtedy poczułam, że Bóg nie jest mi potrzebny do szczęścia. Że mi wręcz przeszkadza. Że tylko ja sama mogę sobie poradzić z tym fizycznym bólem. A potem to się przeniosło na ból egzystencjalny.

Decyzja o wypisaniu się z imprezy pod tytułem chrześcijaństwo ma to do siebie, że podejmowana jest na gruncie wyznawanych uprzednio wierzeń. I intelektualna przyzwoitość wymaga zachowania z owymi wierzeniami spójności. Nie potrafisz wziąć metafizyki na wiarę, mając świadomość istnienia setki innych religii i powtarzalności pewnych mechanizmów? - da się zrozumieć. Przestudiowałeś Pismo wzdłuż i wszerz i uważasz, że to się po prostu nie trzyma kupy? - no trudno. Budzisz się pewnego ranka jeszcze jako krześcijanin, po czym stwierdzasz, że Bóg ci niepotrzebny i w sumie to bardziej zawadza niż pomaga? Tia...

Wątek istotniejszy, regularnie podnoszący mi ciśnienie, narodowowyzwoleńczy. Że "męczy mnie Polska", patrz uwagi wyżej, wolny kraj, ma prawo ci to wszystko zwisać. Całość problemu z panną Peszek sprowadza się do zakończenia pieśni "sory Polsko" zawołaniem "lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater!". Że tyle zachodu o głupie sześć słów? Ano właśnie.

W czem jednak problem? - zapyta czytelnik. Laska ogłasza wszem i wobec, że całość własnej dupy uważa za wartość najwyższą i poświęcać jej dla kraju nie zamierza. Gdzie w tym zbrodnia? Prawda, będąc "jakby przywódcą rewolucyjnym" i "głosem [pfff] pokolenia" czyni tym samym owemu pokoleniu sporo szkody. Prawda, jako ambasador Rosyji nad Wisłą nie żałowałbym funduszy na jej promocję (oł noł, teoria spiskowa, wszak wszyscy wiedzą, że historia bezpowrotnie się zakończyła; szlag, wyszło szydło z worka). No ale jednak nie jest to pogląd niezrozumiały ani zasługujący na jakieś szczególne potępienie. Człowiek, jak każde zwierze, ma instynkt przetrwania i ma święte prawo się nim kierować. Tym bardziej, że choćby taki Mickiewicz był, jest i będzie twórcą stokroć bardziej szkodliwym, niż Maria P. No to o co chodzi?

O niebezpieczne i nad wyraz nieestetyczne połączenie ciężkiej bezmyślności z kategorycznością sądu, godne żelaznego elektoratu PiS, a może nawet i UPR/KNP. Można przedstawić ten sam problem, z tej samej perspektywy, tak jak to zrobiła Konopnicka, Iwaszkiewicz, Różewicz. Bez kurwa kręcenia dupą, radosnych podrygów, podskoków wokoło i pokazywania cycków ku uciesze gawiedzi (siriosly). Bez podsumowania tematu dwuwersową, pięknie zrymowaną puentą.

Panna Maria, sprzeciwiając się - i słusznie - romantyczno-nacjonalistycznej koncepcji podporządkowania jednostki Narodowi, pozostaje jednak zamknięta w tym samym pudle pojęciowym, którym operował Słowacki, wraz ze wspomnianym Mickiewiczem. Ale o ile dwóm ostatnim dla kochanej Ojczyzny  - przynajmniej w sferze deklaracji - nie żal było żyć w nędzy, nie żal i umierać, o tyle tej samej Peszkówna pokazuje język. Nie przychodzi jej jednak przez myśl, że coś takiego jak Ojczyzna zwyczajnie nie istnieje (dum dum dum dum!). Są ludzie i relacje pomiędzy nimi, jest język, jest ziemia, ale Ojczyzna, owinięta w sztandar Polonia z sanacyjnych plakatów, to coś pozbawionego realnego bytu.

I do tego sprowadza się cały debilizm ułożonej na kolanie rymowanki. Szanowna Pani, alternatywa rozłączna pomiędzy "żywym obywatelem" a "martwym bohaterem" jest całkowicie fałszywa. Zgoda na protest przeciw bezmyślnej tradycji insurekcyjnej - tutaj nie tylko ze mną może Pani przybić piątkę, ale i z samym Dmowskim. Tyle że historia świata nie sprowadza się do polskich powstań. Stosunek owych dwóch postaci bywał nieraz implikacją. Jak pod Warszawą w 1920 albo pomiędzy jeziorami Finlandii w 1940. Bez martwych bohaterów żywych obywateli byłoby znacznie mniej. Tak jak choćby bez martwych bohaterów z USA, otwierających drugi front w 1944. I tym ludziom winni jesteśmy bezgraniczny szacunek, a nie porównywanie ich ofiary do płacenia abonamentu i korzystania z przywileju czynnego prawa wyborczego - porównania wypadającego oczywiście na korzyść opcji numer dwa. Że nie o to chodziło? No niestety efekt uboczny niedobrania formy do treści.

Niestety, pannie Peszek wydaje się zupełnie absurdalną koncepcja, że bagnet na broń można postawić nie dla obrony Świętej Ojczyzny, a dla obrony własnego życia. Prawda, najpierwszym celem władz demokratycznego państwa jest oddalenie takiego niebezpieczeństwa wszelkimi sposobami, łącznie z kapitulacją i kolaboracją. Jeśli jednak wszelkie inne metody zawiodą i dojdzie do wojny, założenie, że wystarczy się poddać, wydać okupantowi tę Polonię owiniętą sztandarem, a od szarych Polaczków okupant się odpieprzy - jest zwyczajnie głupie, czego historia dowiodła nie raz i nie dwa razy. I oto artystka, w jakimś (głośnym, acz niezinternetowanym) wywiadzie obwieszcza z podniesionym czołem, że w razie czego, to ona spierdala (7:30). I fajnie, lepsi od niej spierdalali, ja gdybym miał decydować, czy będę chronił moich bliskich idąc na front czy kupując bilety w jedną stronę, też bym się pewnie długo nie zastanawiał. Tyle, że - podobnież, jak pokazała już historia - wszyscy razem nie spierdolą. Duma z wyboru takiej właśnie ścieżki, wyrażana z pozycji - jak by nie było - elit, jest wobec tego co najmniej nieelegancka. A połączenie rozgłaszania - w wywiadach i pieśniach - zamiaru spierdalania z propagowaniem (w tejże Polityce) "nowoczesnego patriotyzmu" to jest dawka tupetu, która przegina pałę goryczy.

niedziela, 9 czerwca 2013

odurzone nieba skalą morze marszczy się beztrosko

Upadek Ikara według Drapera. Majestatyczny młodzieńczy trup na przybrzeżnej skale, otoczony przez zalewające się łzami morskie cipeczki. Ogromne skrzydła odzwierciedlają wielkość myśli, która przywiodła go do zguby. Aura nadnaturalnego spokoju towarzysząca odejściu wielkiego człowieka.

Upadek Ikara według Bruegla. W prawym dolnym rogu widać kawałek nogi.

Na pierwszym planie oracz, dalej pasterz, jeszcze dalej statki i miasto w tle. Denatowi nikt nie poświęca szczególnej uwagi. Dlaczego? Ano, dlatego. Ikar symbolizuje mnogość idei, które mimo pozornej - lub faktycznej - wzniosłości, pozostają zabawką nielicznych. To, co poznajemy jako historię dziejów, to losy Ikarów, których kawałek nogi widać gdzieś w rogu. Między nimi samo państwo, jako wspólnota interesów feudalno-kupieckich elit, otoczona nimbem świętości przez dziewiętnastowieczny nacjonalizm i współczesny system edukacji. Także kultura wysoka, zwłaszcza we współczesnej, zdegenerowanej formie. Tak to wyglądało we wszystkich cywilizacjach, od murzyńskich golasów, przez Azteków i Rzymian, po Cesarstwo Korei. Chłop idzie za pługiem i patrzy w końską dupę. Kitajski wynalazca porcelany, scholastyk Pierre Abélard, Johann Strauss syn, wszyscy wzlatują albo upadają gdzieś na ostatnim planie, pozostawiając przeważającą część ludzkości nieświadomą tego, że kiedykolwiek istnieli. Aż do rewolucji przemysłowej, po której Ikar przylatuje na pierwszy plan helikopterem, z zapasem jedzenia i zestawem medykamentów. I to w sumie tyle w kwestii równości kultur.

A skoro już przy malowidłach, do Wawy zjeżdża niedługo kolekcja niejakiego Rothko, którego bohomazy schodzą po cenach rekordowych. Takie na przykład Pomarańczowy-czerwony-żółty poszło za 72 miliony dolarów. Samo narzuca się przy tym pytanie - jak bardzo kogoś musi popierdolić, żeby wydawał tak gruby piniądz na coś, co własnoręcznie mógłby namalować w pół godziny? Odpowiedzieć można poprzez analogię z siedemnastowieczną holenderską tulipomanią. Nikt nie wkładał dziesięcioletniej średniej krajowej w kwiatuszek, no bo ładny. Kupowało się, bo było wiadomo, że ktoś to odkupi jeszcze drożej. A dlaczego odkupi? Bo będzie wiedział, że ktoś to potem odkupi jeszcze drożęj. I tak dalej. Aż bańka spekulacyjna wzięła i pękła. Czego sobie i państwu życzę w odniesieniu do sztuki współczesnej, chociaż podejrzewam, że możemy nie doczekać.

Z innej beczki. Temat znam dosyć pobieżnie, a samo spostrzeżenie ukradłem od Żurawskiego vel. Grajewskiego, ale wydaje mi się wyjątkowo warte uwagi. Orban na Węgrzech. Jak łatwo dostrzec, przeglądając nagłówki na Presseuropie, w Budapeszcie zapanował narodowy socjalizm (coś jak kaczyzm, tylko jeszcze gorzej). Jedna rzecz, która jest w tym wszystkim najbardziej fascynująca - reformy Orbana to zagrożenie dla demokracji, jako że ograniczają pewne wypracowane na zachodzie standardy instytucjonalne. Tymczasem, kiedy poprzednio premierujący Gyurcsany wprost przyznał: "kłamaliśmy, kłamiemy, będziemy kłamać" - czyt.: ani trochę nie liczymy się z opinią Demos, to nie, to wtedy spoko, demokracja działa zajebiście. I tylko zdziwienie kiedy przepytywana polityk nie potrafi stwierdzić czy odczytywany program jest programem jej partii, czy tej drugiej, bo różnią się wyłącznie nakłamanymi obietnicami.

sobota, 11 maja 2013

butthurt podróżny

Różni starożytni mądrale mieli różne zakresy zainteresowań w kwestii właściwego podmiotu dziejów. Platon skupił sie na państwie, tworząc debilną wizję idealnego, złoto-srebrno-brązowego społeczeństwa rządzonego przez filozofów. Zenon z Chiton wznosił się ponad polityczne partykularyzmy, głosząc istnienie wspólnoty ludzkiej, kierowanej tchnieniem boskiej Pneumy. Epikur (jeden z mądrzejszych), skupił się na jednostce, jej przyjemnościach i przykrościach. Twierdził, że człowiek powinien trzymać się z kolegami (bo przyjemnie) i nie angażować się specjalnie w życie publiczne (bo przykro). Arystoteles natomiast wybrał sobie rodzinę. Stwierdził, że rodzina jest spoko i spoko jest niewolnictwo. Niewolnik bowiem zapierdala, a rodzina ma więcej czasu dla siebie.

Jakiś czas potem starożytność szlag trafił. Do Platona dokopał się święty Augustyn, namoczył go w święconej wodzie i zaczął nauczać. Kilkaset lat później, święty Tomasz dorwał się do Arystotelesa, którego potraktował analogicznie. Bizantyjsko-moskiewskie prawosławie rozmiłowało się w tym pierwszym, katolicka nauka społeczna pokochała drugiego i tomizm pod koniec XIX wieku stał się oficjalną doktryną Rzymu. Stąd, po upływie kolejnych wieków, mamy Ligę Polskich RODZIN, RODZINĘ Radia Maryja i sieć komórkową W RODZINIE, Marsz w obronie życia i RODZINY, itede, itepe.

Dlaczego o tym? Siedzę w ciapągu i tłukąc dziarsko magisterkę, zrobiłem sobie przerwę na nowy numer Polityki. Okładkowy artykuł o rozwarstwieniu społecznym skonkludowano smutno, że takowe się utrwala. Klasa wyższa to uwłaszczona nomenklatura (tak, kurwa! oni tak napisali!), która wykorzystała posiadane wpływy do budowania pozycji w Trzeciej Najjaśniejszej, a kasę zrobiła nie tyle na wolnym rynku, co w administracji. Obecnie wysyła dzieci na kursy, uczy czytania, pisania, języków, malunku, tańca, śpiewu, recytacji. W efekcie, już na etapie wspólnego oglądania Pałer Rendżersów wiadomo, kto będzie magistrem inżynierem, a kto najwyżej młodszym majstrem. A winny temu - inter alia - spierdolony system przedszkolny, w którym Skarb Państwa płaci za pięć godzin dachu nad głową, szamę i trzy pudła zabawek, a na bonusy musisz wydłubać hajs z własnej kieszeni. Kogo stać, ten ma. Kogo nie stać, ten ma mukę.

Przedszkola. Od Frondy do KryPolu, od Pani Domu po jebane Wiadomości Literackie, wszyscy w tym kraju się zgadzają, że przedszkola to powinien być priorytet. Bo dziewczyna jak ma wypchnąć z siebie potomstwo, musi wiedzieć, że ktoś się tym dzieciakiem zajmie, jak ona wróci do roboty. I że z pensji pielęgniarki, szatniarki, pomagierki weteryniarza, będzie w stanie tego dzieciaka wyżywić i wyedukować, tak żeby zostało na życie i spłatę kredytu. "Przedszkola!", wypisują sobie na sztandarach feministki i o przedszkolach pisze Fundacja Republikańska bijąc na alarm przed katastrofą demograficzną. Bo że system ubezpieczeń społecznych nie przetrwa bez przyrostu siły roboczej, wiedzą wszyscy.

I co? I chuj. Jak było, tak jest i tak bud'iet wsiegda! Chociaż wszyscy się zgadzają.

A czarne pasibrzuchy, odmieniające za Tomaszem i Arystotelesem przez wszelkie przypadki słowo 'rodzina', temat przedszkoli jakoś omijają. Owszem, jak się pedały pedalą w dupala, to jest niewypowiedziane zagrożenie dla chrześcijańskiej rodziny - fundamentu społeczeństwa i narodu. In vitro, antykoncepcja i im podobne - tragedyja, ale rodzina się nie da, rodzina przetrwa, rodzina w Kościele ma oparcie. Kraść ludziom pieniądze na Fundusz Kościelny - to spoko, to zajebiście. Podzielić się łupem, założyć to tu tam katolickie przedszkole, żeby zwolnić trochę miejsca w publicznych - nope.

Druga sprawa, fajny był wywiad ostatnio w Judische Zeitung z Sierakowskim. Morał z niego taki, że rezygnacji z socjalistycznego, opiekuńczego etatyzmu, nie towarzyszyło powstanie etyki odpowiedzialności elit. Elita ma się - za Smithem - bogacić, a jej egoizm i próżność nolens volens przyczynią się do szczęścia ogółu poprzez mechanizmy rynkowe. Dobrze - powiada Sławo - ale to nie likwiduje kategorii przyzwoitości. Korzystając z taniej siły roboczej za pół minimalnej krajowej napędzasz oczywiście wzrost PKB, a chcącemu wszak nie dzieje się krzywda. Owszem, układ jest uczciwy, ale wciąż czyni cię to, Szanowny Przedsiębiorco, skończonym chujem.

Znów pytanko - gdzie jest Kościół? Wszak - jak można sobie posłuchać na corocznych kazaniach poprocesyjnych - strzeże on nieugięcie moralności i takich tam różnych. Zgoda, jeśli moralność zdefiniować jako brak rypania sie bez ślubu. Gdyby natomiast moralność zdefiniować jako moralność, okazuje się, że Kościół nie ma w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia. Dziwnym nie jest - jak mógłby taki pasibrzuch grzmieć z ambony o odpowiedzialności społecznej biznesu i nazwać kurewstwo kurewstwem, skoro podatków prawie nie płaci, a większą część jego składek na ZUS i NFZ odprowadzają wierni pod groźbą państwowej przemocy.

Zmiana tematu, bo mię żółć zaleje. Tyle dobrego, że się ostatnio klechy zgodziły na system analogiczny do 1% na NGOsy. Inna sprawa, że na warunkach wyjątkowo dla siebie korzystnych.

Antylogocentryzm. Postmodernizm ma generalnie swoje plusy. Koncepcja metanarracji Lyotarda - chociaż oczywiście przegadana i przekombinowana - jest, mimo wszystko, jedną z fajniejszych idei w dziejach myśli. Wynika z niej wniosek, że postrzeganie siebie jako zatomizowanej jednostki, części rodziny, narodu albo innej grupy, odbywa się poprzez poznanie pewnej opowieści i uznanie jej za własną. Człowiek świadomy powinien mieć to na uwadze i zdać sobie  sprawę, że Bolesław Chobry bardziej niż ojcem narodu był samcem alfa. I że więcej miał prawdopodobnie wspólnego z Robertem Baratheonem, niż z Aragornem. Gruby brzuch na przykład.

Prowadzić musi to do refleksji o pewnej względności stanu rzeczy, uznawanego za obiektywny. Czemużby więc nie pójść dalej tą drogą i nie uznać, że względne jest absolutnie wszyściutko? Były już starożytne przygłupy głoszące niniejszą maksymę, a że nihil novi sub sole, teraz mamy także przygłupów nowożytnych. Antylogocentryzm sprowadza się do twierdzenia, jakoby fałszem było przypisanie do tekstu określonego znaczenia. Fałszem jest więc także uznanie, że jedno znaczenie jest właściwsze niż inne. A zadaniem postmoderny - ten fałsz zdemaskować.

Z istnienia powyższej doktryny zdaje sobie sprawę niewielki ułamek ludzkości, a jednak udało się jej przeniknąć do powyższej świadomości. NO BO JAK TO, MATURA PISEMNA MA BYĆ OCENIANA WOBEC KLUCZA????!!!!!!111eleven Wszak czort wie, co oni sobie w tym kluczu wymyślili! I ja mam zgadywać, o co im chodzi?! A kto powiedział, że oni wiedzą lepiej niż ja, o czym jest czytanka?! A chuj tam, ja wiem lepiej, a punktów dostałem mało, bo SYSTEM NISZCZY KREATYWNĄŚĆ!!!

Na Teutatesa, jak masz porównać obronę Częstochowy Sienkiewicza z bombardowaniem Warszawy Białoszewskiego, to jest jasne jak dupa albinosa, co się w takim wypracowanku musi zawrzeć. Że tutaj romantyczne pierdololo w pozytywistycznej formie, a tam odmitologizowany strach i śmierć. Że tu poetyckie opisy i dwie beczki patosu, a tam sucha proza. Kto i kiedy jedno i drugie napisał, w jakiej sytuacji politycznej, w jakim nurcie umysłowym, czy jest jakieś topos, kto pisał podobnie, kto podejmował ten sam temat.  Masz pokazać, że czegoś tam się jednak na tym polskim nauczyłeś i że umiesz złożyć dwadzieścia zdań w zwartą całość. Inny przykład - genialne opowiadanie Iwaszkiewicza o bitwie na równinie Sedgemoore. Kto nie skmini kontekstu geopolitycznego powstania utworu, ten trąba. Pierdolenie, że on ma prawo to rozumieć po swojemu, tylko system go niszczy, jest żenujące. Oczywiście, klucz powinien być otwarty, z możliwością zastępowania drugorzędnych informacji innymi walorami. Oczywiście, program nauczania powinien uczulać na wyłapywanie kontekstów. Ale całe to biadolenie na klucze maturalne to jednak głupota.

czwartek, 6 września 2012

uświadom to sobie sobie

Bry wieczór.

Zaczniemy od anegdoty, którą zapewne nieco poprzekręcam, jako że źródło zaginęło gdzieś w odmętach internetów. Nic to. Tak więc, pewnemu wybitnemu twórcy (zdaje się, Szymborskiej), włos stanął dęba po lekturze interpretacji swego wiersza, spłodzonej przez jakiegoś tam krytyka literackiego. Ów wybitny twórca chwycił więc za pióro i z pośpiechem naskrobał list do reakcji (zdaje się, Judische Zeitung), w którym z całą stanowczością stwierdził, iż dopóki żyje, to on decyduje, o czym są jego wiersze. Ów jakiś tam krytyk literacki zareagował błyskawiczną repliką, pisząc do tej samej redakcji, że powyższa teza jest całkowicie nieprawdziwa. Z chwilą bowiem oderwania pióra od kartki, twórca traci wszelkie prawa do swego dzieła - w utworze mówi podmiot liryczny, a nie autor. Wiersz można więc odczytać nawet całkowicie wbrew intencjom wierszoklety, byle by wywód był logiczny i spójny. Analogicznie - poseł który wniósł i przepchnął projekt ustawy przez obie izby parlamentu i biurko prezydenta, od pewnego momentu nie ma absolutnie nic do gadania. Prawo stanowi racjonalny prawodawca, interpretują je podmioty stosunków prawnych oraz sądy i trybunały. Faktyczny redaktor tekstu nie jest w żaden sposób wyróżniony.

Spróbujmy przełożyć ten pogląd na praktykę, posługując się przy tym słynnym, fikcyjnym przykładem: "zasłona była niebieska". Wedle pierwszego stanowiska, skoro nic nie wskazuje na szczególne znaczenie wybranego koloru, a poza tym widać jak chuj, że "niebieska" rymuje się do "pieska" dwa wersy niżej, to zostawiamy przedmiotową zasłonę w spokoju. Wedle drugiego - bierzemy do łapki na przykład słownik symboli Kopalińskiego, analizujemy kontekst kulturowy, społeczny, polityczny i puszczamy wodze fantazji. A jeśli wnioski jako tako trzymają się kupy, jesteśmy z siebie bardzo dumni.

Wbrew pierwszemu wrażeniu, oba te sposoby są całkowicie kompatybilne. Przynajmniej dopóki pozostajemy wierni przyjętym założeniom. Nie wolno natomiast w żadnym razie szukać między nimi złotego środka - twierdzić, że to autor kolorem zasłony nawiązuje np. do wydarzeń pod tą opoką, którą Sycylianie zwą Birbante - rokko; to zaś świadczy o jego wielkim patriotyzmie oraz ogólnej wielkości (bo jakże by inaczej). Jak to wygląda w praktyce, wszyscy wiedzą.

Po co ten przydługi wstęp? Ano, obejrzałem sobie niedawno dokument o polskim hiphopie na przełomie milleniów. Refleksji nasuwa się kilka, większość - jak to zwykle u mnie - generalnie od czapki. Najważniejsza sprawa i generalny temat niniejszej notki - Paktofonika. Dlaczego to właśnie "Magik" Łuszcz stał się twarzą pokolenia? Czynniki są dwa, oba oczywiste. Pierwszy to tragiczna śmierć. Drugi - "Jestem Bogiem". 

Cały sens utworu sprowadza się do tych dwóch słów. Młody, biedny dresiarz, będący par excellence prochem i niczem, nazywa siebie Bogiem. I słuchacz rzeczywiście ma dreszcze. Pytanie - co oni (bo wszak melorecytują wszyscy trzej) przez to rozumieją? Rozmaitych interpretacji znajdzie się milijon. Można próbować z tego zrobić jakiś chrześcijański panteizm, jak chce pewien łysy gentleman. Można godzić PFK z Biblią poprzez niezwykle ciekawy psalm 82. Można wpisać Magika, Fokusa i Rahima w poczet romantycznych bohaterów - poetów, uznających istnienie Najwyższego, jednak podnoszących przeciw niemu bunt. Można w końcu odczytać to jako czystą herezję - wszak laveiowski satanista czci nie szatana, a samego siebie. Albo zdystansować się zupełnie od religii - i na przykład za Sartrem i Heideggerem uznać swoją boskość w takim zakresie, w jakim obdarzony wolnością i skazany na wolność człowiek, Dasein, pozostaje w każdej minucie swym własnym Stwórcą. Albo potraktować powyższą frazę po prostu jako wyraz wiary we własne siły. Albo w autonomiczną moralność. Milijon możliwości.

No to próbujemy chociaż trochę te wątpliwości rozwiać. Słuchamy, co trójjedyny podmiot liryczny ma nam o sobie do powiedzenia w zwrotkach. Słuchamy raz, dwa razy, pięć razy. No i mamy problem, bo to zwykły bełkot. Oczywiście, możliwy do odczytania na milijon sposobów, ale to donikąd nie prowadzi. I tutaj pojawia się jakiś taki niepokój - jak to, Wielka Improwizacja czasu transformacji ma sprowadzać się tylko do refrenu?

Pozwolę sobie w związku z powyższym, zaproponować pewne rozwiązanie. Otóż śmiem twierdzić, iż w hiphopie mamy silny nurt impresjonistyczny. Podczas gdy dzieła Moneta i Renoira cieszą się powszechnym uznaniem, literatura impresjonistyczna przeszła w pochodzie dziejów raczej niezauważona. Jednakże wsłuchując się w teksty części polskich hiphopowców (czołowym przedstawicielem będzie tu chyba O.S.T.R.), da się zauważyć pewne podobieństwa do wykropkowanych malowideł. Słowa nie opowiadają historii, nie przedstawiają wizji, nie są wezwaniem do czynu. Nie da się ich streścić, opowiedzieć jednym - dwoma zdaniami, o czym jest pierwsza zwrotka, o czym druga, o czym trzecia. Zamiast tego mamy ogólną impresję, rzeczywistość którą bardziej się czuje niż widzi - Łódź nocą; sam ze sobą w czterech ścianach; ludowa potupaja; i wiele, wiele innych. Jak zalecał Paul Verlaine, impresjonistyczny poeta i pederasta:

Gędźby jedynie, zawsze, wszędzie dbaj!
Niech wiersz twój będzie czymś nagłym w przelocie,
Co - czujesz - pierzcha z duszy już w nawrocie
W innych miłości, innych niebios kraj.

Niech wiersz twój będzie szczęśliwą przygodą,
Którą ci wiatru porannego pęd
Przywiał z woniami tymianków i mięt...
Reszta jest tylko literacką modą.


piątek, 13 kwietnia 2012

nic nie wiesz, dżonie smith

1. Swego czasu okoliczności zmusiły mnie do obejrzenia Madagaskaru 2. I byłem, hm, nieco zażenowany. Storylajn trzyma się kupy, można się nawet wciągnąć. Za to wszyscy bohaterowie mają kurwa nerwicę. U pingwinów i lemurów wyszło zabawnie, ale reszta to już przegięcie. Fajnie, kiedy postacie są barwne, wyraziste, nawet nieco przerysowane, tyle że tutaj każdy jeden jest nadekspresyjny do granic śmieszności i zupełnie nienaturalny. O lwie który tańczy zamiast walczyć nie będę się rozpisywał, bo to jest tak zwany zeitgeist. Ale - trzeba zauważyć - w kolejnej bajce, główny szwarccharakter jest zwyczajną pizdą. Inna sprawa, że nie jestem na bieżąco z gatunkiem, ale wydaje mi się, że mamy trend w tym kierunku. Wuj Skaza z Króla Lwa ('94), Ratcliffe z Pocahontas ('95), ten Hun (Mongoł?) z Mulan ('98), jeszcze nawet tygrysy z Epoki Lodowcowej ('02), to wszystko były groźne skurwysyny. A teraz? Zaczęło się chyba od Farquuada ze Shreka ('01) i to w sumie pasowało do prześmiewczej konwencji. Ale im dalej tym gorzej - Książę z Bajki ('04, '07) to już skończona pipa, tak samo przeciwnik Alexa ze wspomnianego Madagaskaru 2 ('08). Kiedyś bajkowe uosobienie zła wzbudzało w gówniarzerii lęk i było prawdziwym wyzwaniem dla głównego bohatera. Teraz wzbudza najwyżej irytację swoją żałosnością. Względna równowaga między patosem a wygłupami z lat '90 dosyć mocno się zachwiała i całość idzie w kierunku serii wymuszonych gagów. Efekt: żenująca parodia Króla Lwa. Zepsucie i zniewieściałość, ot co.

2. Lekcje polskiego i ich wpływ na młode umysły. Własne doświadczenie i przeprowadzone rozmowy, tak z uczniami jak ze znajomymi nauczycielami, wskazują na dość powszechne i mocno niefajne zjawisko. Otóż nauczyciel, zapoznając swych słuchaczy z dziełami kultury, stawia się po stronie twórcy a nie odbiorcy. Zamiast opisywać kolejne pozycje z perspektywy krytycznego czytelnika i historyka literatury, występuje jako pełnomocnik autora.

Najlepiej to widać przy średniowieczu. Najpierw "Pieśń o Rolandzie" - tak, to jest debilne. I tak, powinno się to wyraźnie powiedzieć. "Pieśń o Rolandzie" znalazła się na liście lektur z uwagi na miejsce w europejskiej kulturze, na możliwość zobrazowania kilku czołowych motywów w literaturze tamtych wieków oraz pokazania ciekawej mentalności ówczesnych. Ale sensu ma tyle co Dragonball Z (nawet trochę mniej), a do tego utrzymana jest w bardzo podobnej konwencji. Tyle, że zamiast przekazać taki komunikat, przeciętny, przekonany o swej dziejowej misji polonista, przyjmuje za pewnik: jeśli coś jest na liście lektur, to musi być wybitne. I rozpływa się nad bohaterstwem sir Rolanda, nad jego ofiarą i poświęceniem. A publiczność puka się w czoło.

I tu mamy pierwszy problem - mili państwo, ci goście nigdy nie istnieli. A nawet jeśli, zwykle mieli niewiele wspólnego ze swymi literackimi odpowiednikami. Książkowe postacie są wymysłem autora, który za ich pośrednictwem chce coś przekazać albo po prostu dostarczyć gawiedzi rozrywki i zgarnąć piniądz. I znów przykład ze średniowiecza - "Bogurodzica" vs. "Lament Świętokrzyski". Omawia się te wiersze tylko i wyłącznie po to, żeby pokazać zmianę jaka zaszła między kulturą romańską a gotycką. Tam Pantokrator, tutaj pieta. I, podobnież - "Lament" jest tak daleki od wybitności jak to tylko możliwe, po prostu niewiele więcej się z tamtych czasów zachowało. Całość da się omówić na jednej, max dwóch godzinach lekcyjnych. Za to tygodniowe rozważania: "co czuje matka" mogą mieć wartość religijną, ale poznawczej - zero.

Problemy 2-4, to kolejne konsekwencje edukacji poprzez zachwyt.

Problem drugi - pokutuje nieuzasadnione niczem przekonanie, że umiejętność operowania trzynastozgłoskowcem czyni poetę niepodważalnym autorytetem i dodaje jego przekonaniom walor nie tylko racjonalności, ale niemal świętości. Tyle że z całego pocztu naszych pisarzy i wierszokletów, najwięcej politycznego rozumu miał Sienkiewicz, reszta jest niestety daleko w tyle, zwykle robiąc więcej szkody niż pożytku.

Problem trzeci - iluzja powszechnej dziejowej zgody autorytetów. Wiadomka, jak wszyscy są wybitni i z definicji mają rację, to jakiś tam konsens musi między nimi panować. Co z tego, że Giedroyć uważał Wyszyńskiego za "tępego endeka", a Herling-Grudziński polecał Michnikowi rozejrzenie się za dobrym psychiatrą. W efekcie, wystarczy powołać się na któregokolwiek i już mamy rację. Najlepiej na Einsteina - wszak był mądry, bo... yyy... cośtam... kiedyśtam, no e równa się emcekwadrat i w ogóle, a więc kto mądry, ten z nim trzyma. Dlatego o trzech czwartych przypisywanych mu cytatów pan Albert nigdy nie słyszał, a te kilka bon-motów które rzeczywiście ułożył eksploatuje się do porzygu.

Problem czwarty - brak rozróżnienia między obiektywnym, a subiektywnym. Z jednej strony większość młodzieży uważa się (czasem słusznie) za znacznie bardziej rozumną, niż członkowie grona pedagogicznego. Z drugiej, taki a nie inny sposób rozumowania poparty autorytetem instytucji państwowej, zostaje w pełni zaadoptowany do popierania własnych opinii. W efekcie, wszystko co się spodoba, z miejsca zyskuje przymiot wybitności. Czy to Hemp Gru, czy Pidżama Porno, "Zapach Kobiety" czy "Incepcja", czy kurwa bajka o kucykach - przypadło mi do gustu, a więc jest wielkie i przejdzie do historii.

W efekcie nauka o literaturze jest raczej porażką, nauczyciel się męczy, dzieciarnia się nudzi. Lektur nikt nie czyta, a media biadolą nad spadkiem czytelnictwa jako takiego. Ale to najmniejsze ze zmartwień. Wzbudzać niepokój powinno raczej przyjęcie aparatu pojęciowego bezmyślnego zachwytu, rozumowania w oparciu o autorytety i operowania sferą idei w zupełnym oderwaniu od realiów.

niedziela, 8 kwietnia 2012

laudatio

Ponownie korzystając z religijnego imperatywu świątecznego lenistwa, postanowiłem przelać na wirtualny papier kilka refleksji - tym razem w przedmiocie najświeższych zmian w systemie edukacji. Temat ten podnosiłem już w paru rozmowach, jednak chciałbym tutaj usystematyzować przemyślenia. Zwłaszcza, że rzecz wydaje mi się absolutnie klarowna i jednoznaczna, podczas gdy cały intelektualny dyskurs Najjaśniejszej idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Tak więc na przekór: po trzykroć wiwat minister Hall!

Zacznijmy od tła powstawania współczesnego systemu edukacji. Gdzieś w drugiej połowie XIX wieku pruska generalicja po długim namyśle doszła do wniosku, że praca dzieci w fabrykach to raczej chujowy pomysł. Nie było oczywiście mowy o żadnych względach humanitarnych, po prostu trochę głupio jak się materiał na rekruta zaharuje na śmierć zanim ktokolwiek da mu strzelbę do ręki. Tak więc z jednej strony aspekty pragmatyczne, z drugiej działalność Bernsteina i Lassalle'a, z trzeciej zagrożenie marksistowskie a z czwartej rozum polityczny Bismarcka doprowadziły do powstania pierwszych w tej części świata regulacji prawa pracy. Równolegle, powoli okazywało się, że robol który zrozumie to co mu na jakiejś kartce rozpisać/narysować, który jest w stanie przemnożyć trzy przez pięć albo zanotować sobie rzeczy których nie potrafi zapamiętać, znacznie usprawnia produkcję czegokolwiek. I tak, w realiach industrialnej, fordowskiej gospodarki, zaczęła się walka z analfabetyzmem, zmierzająca krok po kroku ku powszechnej edukacji.

Sto lat później, powszechna edukacja (nota bene jak większość socjaldemokratycznych wynalazków) wciąż funkcjonuje przy tych samych założeniach, ale w radykalnie odmiennej rzeczywistości. Po blaskach i cieniach realnego socjalizmu, po dziesięcioleciach prosperity w Europie, przy serwilizacji ekonomii i postfordowskiej produkcji, mamy ten sam model szkolnictwa co nasi pradziadowie, ale stawiamy przed nim zupełnie nowe zadania. Chcemy z podstawówek, gimnazjów i liceów zrobić jedną wielką fabrykę inteligencji. Z jednej strony taśmy kładziemy kloc drewna, z drgiej zjeżdża stołek. Z jednej kładziemy kilka tysięcy sześciolatków, maszyna warczy, buczy i po dwunastu latach wyskakuje elita narodu. Nie działa? Wot, siurpryza!

Pojawia się pytanie: dlaczego nie działa? Odpowiedzi nasuwają się dwie. Pierwszą podaje natchniony autor Księgi Przysłów: "Choć stłuczesz głupiego w moździerzu tłuczkiem - razem z ziarnami - głupota go nie opuści." [Prz 27:22]. Zatroskane nad kondycją współczesnej młodzieży autorytety (że wspomnę choćby dr hab. Andrzeja Waśko i jego tekst w trzecim numerze Rzeczy Wspólnych) popełniają ten zasadniczy błąd, że współczesnego przeciętniaka przyrównują do elit wieków minionych. Że rezultatem takiej refleksji będzie załamanie rąk, wiadomo już na wstępie. Ta sama pomyłka (o czym już pisałem) jest problemem krytyków kultury masowej - ludzie głupi oglądają głupoty, tak było, tak jest i tak budiet' wsiegda! Inna sprawa, że podobno na jednej z glinianych tabliczek znalezionych swego czasu w Ur widnieje zapisane klinami: "Jeszcze nigdy w historii młodzież nie była tak źle chowana, a świat nie stoczył się tak nisko".

Druga odpowiedź, powiązana zresztą z poprzednią, to naturalny proces zapominania. Dlaczego zapominamy, tego dokładnie nie wiadomo. Teorie są cztery: upływu czasu, interferencji, utraty dostępu i wyparcia, przy czym ta ostatnia nie ma zastosowania do omawianych aspektów zjawiska.

Według teorii upływu czasu, na poziomie neurologicznym tworzą się struktury neuronów, które przechowują ślad pamięciowy. Informacja "krąży" w nowo powstałej strukturze, dzięki czemu jest pamiętana. Wymaga to ciągłej inwestycji energii, w związku z czym jeśli dane nie są powtarzane, zostają utracone - impuls wygasa. Jednakowoż przechowywanie informacji "na stałe" w pamięci długotrwałej związane jest prawdopodobnie ze zmianami chemicznymi i strukturalnymi. Wyjaśnia to, na dwa sposoby, teoria interferencji. Jedna hipoteza mówi, że nowy materiał powoduje "zatarcie" starych informacji, tak jakby nakładał się na poprzednie dane, co sprawia, że stają się one mniej dostępne lub zupełnie niedostępne. Druga zakłada, że mózg posiada ograniczoną pojemność informacyjną, czego skutkiem jest konieczność pozbywania się poprzednich danych, po to aby uzyskać miejsce na zapisanie nowych. W systemie pamięci długotrwałej interferencja może przybierać jeszcze inną formę: zapamiętanie informacji oznacza włączenie jej do obecnego już systemu skojarzeń. W efekcie system ten podlega modyfikowaniu, a więc zapisane dotąd dane zmieniają się i są modyfikowane pod wpływem zapisywania nowych danych. Najbardziej optymistyczna, a zarazem najbardziej kontrowersyjna teoria utraty dostępu, zakłada, iż zapominanie polega na niemożności wydobycia z pamięci, nie zaś na utracie danych, jako że pojemność zdrowej łepetyny jest nieograniczona.

One way or another, człowiek zapomina informacje niepowtarzane, a więc de facto nieużyteczne. Ja na przykład, mimo oceny bardzo dobrej na świadectwie z trzeciej liceum, za cholerę nie przypomnę sobie, co to jest aldehyd octowy, ale każdemu kto zechce spytać podam numer telefoniczny do sądu w Wejherowie. Przeciwnicy reformy sami przyznają mi tutaj rację, rozpaczając że przeciętny nastolatek o piramidach ostatni raz usłyszy w pierwszej klasie gimnazjum. Idąc za Baconem a przeciw Kartezjuszowi i przedkładając empiria nad ratio, mogę zaproponować prosty eksperyment. Przejedźmy się na przykład windą pierwszego z brzegu stołecznego biurowca. W każdej kancelarii prawnej zostawiamy dziesięć egzemplarzy matury z fizyki (poziom podstawowy - wystarczy), w biurach doradztwa finansowego czy innego złodziejstwa zostawiamy matury z chemii, a u programistów z historii. Wyłączamy internety i po regulaminowym czasie zbieramy prace. Wyniki są łatwe do przewidzenia, a mamy tu bądź co bądź do czynienia z warszawską crème de la crème. Maturę z chemii chętnie rozdam głodującym dziadkom z Krakowa. Jak zdobędą z 50% to przyznaję im rację i przyłączam się do strajku. Jak nie, to kupują mi pyszną, pachnącą pizzę (chicken barbeque z Dominium - mistrzostwo) i patrzą jak wpierdalam. Stoi?

Skutki tego są raczej smutne. Przez kilka lat, w których sprawność umysłu jest najwyższa, ogół młodzieży studiuje przebieg procesów egzogenicznych, strukturę Polskiego Państwa Podziemnego i budowę płucotchawek. Cała impreza kosztuje - według informacji Gazety Prawnej - do 18 tysięcy złotych rocznie na dzieciaka. Po sześciu latach edukacji ponadpodstawowej kompetencje absolwenta liceum pozwalają mu na zatrudnienie przy prostych pracach fizycznych. Część idzie na studia. Być może medykom i inżynierom przydają się informacje zdobyte w szkole średniej, jednak z perspektywy początkującego jurysty nie mają one absolutnie żadnego praktycznego zastosowania. Po paru latach, niewykorzystywane na co dzień i nierozwijane hobbystycznie wiadomości ulatują z młodej głowy - parafrazując poetę - jak ulotka. W efekcie postępującego procesu infantylizacji, przez pierwsze 24 lata, człowiek generuje koszty. Potem mamy 40 lat produkcji i znów jakieś 10 lat kosztów. Czyli przez statystyczne 75 lat i 2 miesiące przeciętnego żywota musimy się wyżywić za to, co zarobimy przez jakieś 40.

Problem w tym, że w skarbcu pustki. A właściwie dużo, dużo mniej. Jak podaje Judische Zeitung za Poncyliuszem, w obecnym budżecie wpływy z PITu wynoszą 42 000 000 000 złotych, a obsługa długu zżera o miliard więcej. Jakby tego było mało, idzie niż demograficzny. Nawet nie podzielając kasandrycznych wizji prof. Rybińskiego, trzeba rozważyć możliwość, że kiedyś to wszystko, z większym czy mniejszym hukiem, weźmie i pierdolnie.

W tym momencie musimy zapytać za klasykiem - szto dziełat'?

Pierwsza odpowiedź jest oczywista i nie spotkałem się jeszcze z żadnym sensownym kontrargumentem - odpuścić licea ogólnokształcące, promować technika i zawodówki. Zwłaszcza bezpośrednio współpracujące z potencjalnymi pracodawcami. Państwo dysponuje narzędziami budżetowymi do prowadzenia takiej polityki. Popyt przyjdzie za kilka lat, kiedy absolwenci humanów staną przed koniecznością wyboru szkoły dla swojego dziecka.

Odpowiedź druga - pójść za ciosem, w kierunku wyznaczonym odważnie przez panią minister. Pogodzić się z faktem, że wiedza historyczna przeciętnego programisty czy weterynarza raczej nie przekroczy podstawy programowej z podstawówki (wątpiącym polecam lekturę tejże). Wyrzucić z art. 70 ust. 1 Konstytucji RP absurdalne zdanie drugie, statuujące przymus szkolny do 18 roku życia. Dokonać gruntownej rewizji programów nauczania, skrócić edukację ogólną i możliwie wcześnie wprowadzić podstawy kształcenia fachowego. Owszem, nieuniknionym kosztem będzie konieczność wcześniejszej decyzji o specjalizacji. Uważam, że podejmowanie jej dopiero w osiemnastym roku życia jest luksusem, na który nas zwyczajnie nie stać. Odrzucić iluzję fabryki inteligencji i nastawić edukację licealną na produkcję fachowców. Zrozumieć, że nikt na siłę nie ulepi erudyty z człowieka, który nie ma takiej ambicji.

Odpowiedź trzecia - rozważyć przeniesienie na nasze realia kilku najbardziej racjonalnych rozwiązań fińskich. Z reguły niechętnie podchodzę do tego typu projektów. Jednak, jeśli uznamy wyniki prowadzonych przez OECD badań PISA za miarodajne, refleksja nad fińskim systemem będzie nieodzowna, jako że wyniki tamtejszych uczniów są imponujące. Przez racjonalne rozwiązania rozumiem po pierwsze obowiązkową naukę gotowania i obróbki drewna (u nas można by dać do wyboru jeden z kilku podobnych fachów). Po drugie, przyjęcie założenia, że 1/5 nauki szkolnej to czas, w którym uczeń, po konsultacji z rodzicami, realizuje zagadnienia odpowiadające jego zainteresowaniom, a szkoła jedynie mu w tym pomaga. Jednocześnie ograniczeniu podlegają inne zadania domowe. Reszta pomysłów mogłaby się niestety w nadwiślańskich warunkach nie przyjąć.

Tyle z mojej strony. Jak zwykle zapraszam do polemiki, czy to pisemnej czy werbalnej.

piątek, 23 grudnia 2011

gdy turków za bałkanem twoje straszą spiże

Ciesząc się resztkami wolnego czasu przed sesją pozwoliłem sobie przelać na klawiaturę to co mi przez ostatnie tygodnie chodzi po głowie. Three, two, one, let's jam!

Zacznijmy od tego pana, który jak się okazuje jest Człowiekiem Kultury. Cienki aktorzyna, chałturnik nad chałturniki, twarz co drugiej filmopodobnej szmiry w tym kraju plecie sobie o świetlanej przyszłości. Rozumiem jeszcze Gąsiorowska, rozumiem Szyc - też nic mądrego z siebie nie wydusili, ale przynajmniej dobrzy w swoim fachu. Nasuwa się jednak refleksja - skąd właściwie pomysł żeby taki Karolak miał coś do powiedzenia w jakiejkolwiek sprawie? Tutaj chodzi akurat o ściągnięcie na marsz stołecznych gimbusów, więc rzecz jest dosyć jasna. Ale jednak, zaskakuje u nas autorytet tak zwanych Ludzi Kultury. Skąd się to wzięło?

Większość Polaków poproszonych o przywołanie trzech naszych dziewiętnastowiecznych rodaków odpowie: Mickiewicz, Słowacki und Norwid. Ano, w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku - powiada Mackiewicz - Niemcy wyżywali się w filozofii, Anglicy w ekonomii, Francuzi w ustroju, a Polacy w poezji. Stąd i obecne różnice w estymie poszczególnych grup. Koncepcja dość mocno naciągana, ale pewien trop jest. Kisielewski tłumaczy sprawę od innej strony. Otóż narodem kierują elity. W państwach kapitalistycznych mamy zachwalaną przez Arystotelesa klasę średnią, jak również warstwę obrzydliwych bogaczy w typie Rockefellerów czy Kampradów. Do wpływu na masy komuniści potrzebowali elit własnych, przy czym wszelacy burżuje oczywiście odpadali. Toteż ich substytutem miały stać się elity kulturalne, chudożnicy i wierszokleci wysławiający ustrój jedynie słuszny. Siłą inercji ostało się to w III RP. Stąd taki na przykład Różewicz ze swoim pseudopoetyckim bełkotem czy Szymborska i jej "nowego człowieczeństwa Adam" uważani są z jakiegoś powodu za niepodważalne autorytety w sprawach wszelakich. Pomnożyć to przez 6 godzin polskiego tygodniowo pomnożone przez 12 lat edukacji, e voilà!

Z jednego absurdu wyrastają inne. Rzecz pierwsza - wolność twórczości, czyli koncepcja, że co do zasady nie wolno nazwać nikogo np. niemytym chamem, ale jeśli podciągniemy rzecz pod szeroko rozumiany artyzm to reguła ta nie obowiązuje. A więc nazwanie jednego z członków rady ministrów żydem parchatym spotka się z powszechną dezaprobatą, jak również będzie przestępstwem zgodnie z regulacją KK. Tymczasem, jeśli wspomnianą obelgę ujmiemy w układ sylab 5-7-5, wtedy z naszym przecudnym Haiku możemy iść do prasy i skarżyć się na kneblowanie ust artystom.

Rzecz druga - zamiłowanie współczesnych podstarzałych pisarzy do zamieszczania w swych literackich dziełach wyjątkowo niesmacznych opisów scen lubieżnych. We wszelkich innych okolicznościach, opowiadanie takowych bezeceństw uznane byłoby za nielicujące z powagą osoby publicznej i w sumie trochę chore, tutaj jednak łapie się pod wspomniane tworzenie kultury. Kiedy indziej rzekłbyś - stary zboczeniec, ale nie, nie wolno, bo to wszak artysta. Przepraszam najmocniej, ale odpycha mnie jak cholera, kiedy taki Ziemkiewicz czy Pilch realizuje się poprzez opisy "fiutów" i "cip". Obcowanie z literaturą ma mi dostarczać intelektualnej rozrywki - czy to poprzez głębsze rozumienie rzeczywistości (Hawking albo wspomniany Mackiewicz) czy dosyć prostacką frajdę w stylu "księżniczki, intrygi i walka mieczem" (G.R.R. Martin/Sienkiewicz). Jeśli zażyczę sobie wulgarnego jebania na granicy dobrego smaku, to w końcu po coś wymyślono internet.

No i rzecz trzecia, debilny pomysł 1% na kulturę. Pomijając już całą resztę aspektów, chciałbym zwrócić uwagę na jeden. Lewactwo zdaje się nie uznawać jakichkolwiek granic zakresu pojęć "kultura" i "sztuka", czego doskonałym przykładem twórczość panny Wójcik, ale także choćby panny Nieznalskiej (tu splunięcie przez lewe ramię). Wystarczy zresztą zerknąć na http://biurotlumaczen.art.pl/. Wobec takiego subiektywizmu i koncepcji, że to sztuką, co sztuką ktoś nazwie, warto rozważyć konsekwencje przyjętych założeń. Eco swego czasu stwierdził (o dziwo całkiem słusznie, jak się nad tym zastanowić), że elementem kultury jest nawet pozycja zajmowana przy sraniu (ujął to, zdaje się, nieco bardziej elegancko). Dowodem choćby popularność tzw. "narciarzy" w krajach azjatyckich, zwłaszcza Japonii. Wychodzi więc na to, że w chwili obecnej na kulturę idzie caluśkie 100% naszego budżetu - w czym boisko, wóz bojowy "Rosomak" czy zasiłek dla bezrobotnych jest mniej kulturalny od takiego na przykład performance'u? Ten 1% miałby więc być przeznaczony na arbitralnie wyznaczony drobny wycinek kultury, który różni się od reszty wyłącznie swoją absolutną bezużytecznością.

I tu przechodzimy do drugiej kwestii którą chciałem poruszyć, a więc czegoś, co Bacon nazwał idola fori - złudzeń umysłu powodowanych niedoskonałościami języka. Pewne słowa, jak wspomniana wyżej "kultura", albo nic już nie znaczący "faszyzm" wzbudzają w ludziach niezdrową fascynację. Przez to niektóre naprawdę istotne problemy sprowadzone zostały do absurdów.

Pierwsza sprawa - aborcja. Można kwestię ugryźć od kilku stron. Dawkins na przykład podaje jako wyznacznik świadomość i stopień cierpienia, który w tym przypadku nie przerasta dyskomfortu odczuwanego przez zarzynanego świniaka. Odpowiedzieć można choćby problemem przerwania ciągłości istnienia, jako że każdy z rozważających ten problem był swego czasu na etapie rozwoju kwalifikującym się do skrobanki. Tymczasem 90% dyskusji sprowadza się do uznania unisono, że człowiek ma prawo do życia i roztrząsania, czy ten nieszczęsny płód jest człowiekiem. Mamy przedstawiciela gatunku homo sapiens o odrębnym DNA, no to mamy człowieka i nic z nim zrobić nie można, krzyczą tzw. prolajfy, uważając rzecz za rozstrzygniętą. Granda - odpowiedzą tzw. proczojsy - rzecz oczywista że trzymiesięczny płód różni się od dorosłego człowieka, a więc nie jest człowiekiem i można go spokojnie skrobać. Jakby kwestia czy nazwiemy dany desygnat człowiekiem, embrionem, czy chujem na kaczych łapkach rzeczywiście miała o czymś przesądzać.

I problem analogiczny - magiczne słowo "suwerenność". Wyraz ten oznacza, że państwo z punktu widzenia prawnego może podjąć zobowiązania lub się z nich wycofać. Tyle. Tymczasem u nas fetyszyzacja wspomnianego pojęcia jest po prostu niebywała. Instytucje unijne sterowane przez Berlin i Paryż są nad Wisłą faktyczną legislatywą, więzi prawne, polityczne i gospodarcze sprawiają, że o żadnej niezależności Polski nie może być mowy. Środowiska z prawej słusznie zwracają uwagę na zaistniały problem, przy czym oczywiście muszą przy okazji dojebać z grubej rury jeśli nie o utracie niepodległości, to chociaż suwerenności. Wtedy w telewizorze pojawi się jakiś pan z lewej, wyśmieje rzucane hasła i zauważy, że wszystko jest w pytkę, bo dopóki możemy z Unii wystąpić, to jesteśmy państwem w pełni suwerennym. No i będzie miał rację, to właśnie znaczy suwerenność - że teoretycznie możemy się wypisać. A że trzy czwarte naszego prawa gospodarczego pisze Bruksela? No drugorzędna sprawa, w końcu jesteśmy suwerenni.

Tutaj miałem przejść do ciekawej nacjonalistycznej konkluzji Bocheńskiego, który przyjął, że celem rządu jest podnoszenie pozycji w hierarchii narodów, natomiast samodzielność może być jedynie środkiem do tego celu. Chciałem w tym kontekście skrobnąć parę słów o naszym ministrze, ale na razie może wystarczy. Jak starczy chęci, to może po sesji coś tam stworzę. Wesołych tymczasem.